Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 202 559 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Czy Słońce i jego "wybryki" są przyczyną lotów katastrofalnych?

czwartek, 22 sierpnia 2013 11:54

 

wpływ ślońca1.jpg

wpływ ślońca  2.jpg

wpływ slonca   3.jpg

wpływ slonca   4.jpg

 


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Czy powinniśmy organizować loty maratońskie?

sobota, 27 lipca 2013 11:47

Nadszedł czas, byśmy zadali sobie to pytanie. Okazji było po temu w niedawnej przeszłości kilka, a ostatnią – tegoroczny start polskich gołębi w międzynarodowym locie z Barcelony. Wysłaliśmy ich tym razem 131. Dla mnie ostateczną inspiracją do napisania tego tekstu stała się dyskusja na ten temat, która bodaj przez dwa tygodnie toczyła się na łamach portalu interne­towego naszego związku. Dyskusja była gorąca. Hodowcy-internauci, w tym również – o brawo, brawo! – nasze Panie, wyspowiadali się na temat celowości i zasadności organizowania lotów dalekodystansowych typu „maraton” w wielu aspektach, w tym również w aspekcie moralno-etycznym. Jak to zwykle bywa, jedni byli za, inni przeciw. Od razu na wstępie zdradzę mój pogląd. Po głębszym zastanowieniu i rozważeniu tej kwestii doszedłem do wniosku, że owszem – moglibyśmy organizować takie loty, wszak pod warunkiem, że istnieją realne przesłanki wskazujące na to, że zdecydowana większość wysłanych gołębi z nich powróci. Niestety, w odniesieniu do uczestnictwa naszych gołębi w tegorocznym, międzynarodowym locie z Barcelony, nasze doświadczenia z przeszłości poka­zują, że takich przesłanek brak. Mam tu na myśli przede wszystkim dwa loty z Wa­tykanu, lot spod Monte Cassino i lot z Barcelony sprzed lat kilkuna­stu, które to w pamięci starszych hodowców zapisały się jako nie­udane, wręcz tragiczne. Większość wysłanych gołębi z nich nie po­wróciła.

 

Przeprowadzony przed laty lot z Bar­celony okazał się katastrofalny. Przypomnę, że pierwsze gołębie wróciły do Polski po kilkunastu dniach. Czasu konkursowego w ogóle nie zamknięto. Hodowcy po­gu­bili swoje najlepsze, wieloletnie asy lotowe. Niewiele lepszy był lot spod Monte Cassino. Lot z Waty­kanu, zorganizo­wany kilka lat temu przez hodowców z Okręgu Gdańskiego to ko­lejna katastrofa. Pierw­szy gołąb wrócił po czterech dniach, drugi po pięciu, w szó­stym dniu wróciło 6 gołębi, a w ciągu pierw­szych dwóch tygodni zale­dwie 51, przypo­mnijmy z ilości 2001 wysłanych. Łatwo policzyć; w ciągu 14 dni wróciło z lotu zale­dwie 2,5% wysłanych gołębi. Powtórzę – 2,5 procenta!!!! Niestety rezultaty drugiego lotu z Watykanu były nie­wiele lepsze. Do dziś wprawdzie nikt w Polsce nie wie ile gołębi wró­ciło, jed­nak wszystko wskazuje na to, że niestety niewiele. W ciągu 15 dni po starcie z ilości 8498 wypuszczonych gołębi, do swych gołębni­ków wróciło zaledwie 577 ptaków, co stanowi około 6,8%. Z listy konkursowej wynika, że najwięcej gołębi wróciło w 12. i w 13. dniu – 80 i 98. Potem, w następnych dniach ilości wracających gołębi były coraz mniejsze. Z pewnością jeszcze trochę ich wróciło, ale kto zna się na gołębiach ten wie, że wraz z upły­wem czasu, po dwóch, trzech tygodniach szanse na powrót są coraz mniejsze. Co z tą resztą, a wła­ściwie z większością, z tymi ośmioma tysiącami? Czy ktoś pomyślał o ich losie? Gdzie się podziały, czy jesz­cze żyją? Podejrzewam, że nie. Na szczęście nie cierpią. Nie mogąc sprostać trudom lotu zgi­nęły z głodu, z pragnienia lub z wyczerpania.

 

Niestety, podobny los najprawdopodobniej spotka też większość polskich gołębi wysłanych do Barcelony w tym roku. Gołębie wystartowały w sobotę dnia 2.07.2005 roku o godzinie 9:10. Lot nie był łatwy, nawet dla krajów, w które miały mniejsze odległości. Listę konkursową z Barcelony’2005 otwiera w tym roku gołąb hodowcy z Francji o na­zwisku Cyrille Schaschkow Wiesviller. Ptak został skonstatowany w drugim dniu lotu, w niedzielę dnia 3. lipca o godzinie 5:03. Miał do pokonania odległość 942,60 km. Jego obliczeniowa prędkość średnia wynosiła 1137,03 m/minutę. Na zdjęciu opublikowanym w Internecie widać, iż jest to okazały ptak barwy niebiesko-nakrapianej. Na rozwi­niętym skrzydle widać, iż po powrocie z lotu miał zaledwie jedną spierzoną lotkę. Kolejne dwa ptaki należą do hodowców holender­skich. Ich gołębniki były oddalone od miejsca startu odpowiednio o 1208,27 i 1231,53 km. Ich obliczeniowe prędkości średnie wynosiły odpowiednio 1052,50 i 1044,56 m/minutę. Kolejne gołębie konstato­wali Belgowie i Niemcy. Największe odległości do gołębników nie­mieckich sięgały 1200 km. Nasze ptaki miały do pokonania odległości – licząc w linii prostej – od 1500 do ponad 1800 km. W rzeczywistości, omijając liczne pasma gór­skie z pewnością były ona o kilka setek dłuższe. Na Wyspy Brytyjskie pierwsze trzy gołę­bie dotarły również w drugim dniu lotu, tj. dnia 3. lipca. Pierwszy zo­stał skonstatowany o 15:05, drugi o 18:54 i trzeci o 19:17. W locie z Barcelony uczestniczyły 25.852 gołębie z ośmiu krajów. Z Belgii 13066 ptaków, z Holandii 7489, z Niemiec 2723, z Francji 1897, z Węgier 278, z Wielkiej Brytanii 153, z Polski 131 i z Luxemburga 115 gołębi.

 

W Polsce pierwszy gołąb został skonstatowany dnia 11 lipca, w dziesiątym dniu lotu. Drugi – 15. lipca, dwa kolejne – 16. lipca, trzy dalsze – 17. lipca. Potem dwa – 20. lipca, trzy – 24. lipca i dwa – 25. lipca. Mimo iż do tego terminu powróciło zaledwie 14 ptaków, w tym dniu oficjalnie zamknięto czas konkursowy. W ciągu pierwszych trzech tygodni wróciło więc z lotu zaledwie nieco ponad 12% wysłanych ptaków. Czy to dużo, czy mało? Czy inne jeszcze powrócą? A jeśli tak, to ile ich powróci? Zapytajmy: czy o takie loty nam chodzi?

 

Niestety wszystko wskazuje na to, że zdecydowana większość gołębi wysłanych z Polski na te loty ginie, a te, którym uda się wrócić, są w stanie skrajnego wyczerpania. Entuzjastów tych lotów można by zapytać o to, czy zdają sobie sprawę z wysiłku tych ptaków, którym udało się wró­cić. Kto widział „zwycięskie” gołę­bie z Barcelony, czy z Waty­kanu bezpośrednio po locie, ten wie jak wyglądały: skóra, pierze i kości. Za­pytam, czy skazywanie gołębia na taki wysiłek i udręki ma coś wspólnego z miłością bliźniego, z miłością do wszystkich stwo­rzeń, w tym również do gołębi i z zasadami głoszonymi i realizowanymi przez św. Franciszka, na które przy każdej okazji tak chętnie się powołu­jemy? Przecież w większości uważamy się za chrześcijan! A tymcza­sem organizatorzy uznali, że wszystkie loty był udane. Może dlatego, że jakieś gołębie w ogóle wróciły. Fetowali więc sukces, cała gołę­biarska Polska składała im gratulacje. Niestety – jak przypuszczam – o takich inicjatywach przesadzają względy propagan­dowe i chęć po­kazania się na szerszej arenie. Nic więcej. Przysłaniają one niestety względy racjonalne i tzw. zdrowy rozsądek.

 

To prawda, że gołąb pocztowy jest predysponowany przez naturę do tego, żeby w powietrzu pokonywać duże odległości i w tym kierunku jest ciągle selekcjonowany, ale przecież istnieją granice jego możli­wości i to my, rozumni ludzie powinniśmy je poznać i nie zmuszać go do wysiłku ponad miarę. I to przede wszystkim powinniśmy wziąć pod uwagę przy rozważaniu kwestii, czy należy takie loty organizo­wać, czy nie. Decydujące są moim zdaniem nie tylko odległości, lecz przede wszystkim ukształto­wanie terenu na trasie lotu i warunki at­mosferyczne, w tym również kierunek wiatru. Gołębie lecąc do Polski z terenu Włoch, czy z Hiszpanii mają do pokonania na trasie kilka pasm górskich, co zdecydowanie podnosi stopień trudności lotu. Wskazują na to ewidentnie porównania z lotami organizowanymi z podobnych, może nieco krótszych odległości z teryto­rium Francji, z Kanału La Manche i Cieśniny Skagerrak i Kattegat. Były one mimo wszystko łatwiejsze, przede wszystkim z uwagi na fakt, iż trasy lotu nie wiodły nad terenami górzystymi.

 

Popatrzmy na mapę Europy. Gołębie lecące z Watykanu muszą wpierw pokonać włoskie Apeniny. Nie są to wcale pagórki. Mają bo­wiem dwa szczyty. Jeden – Wezuwiusz o wysokości 1277 m. n.p.m. i drugi Corno Grande o wysokości 2912 m n.p.m. Na całej długości „włoskiego buta” nie są niższe niż 500 m npm. Potem gołębie mają do wyboru dwie trasy. Albo „wpław” przez Morze Adriatyckie – co naj­mniej 200 km, albo na północny-zachód, pasem przybrzeżnym w kie­runku Rimini i Wenecji. Te odważne, po pokonaniu wód Adriatyku od razu przy brzegu napotykają pasmo Gór Dynarskich, znacznie wyższe od Apeninów. Na znacznej powierzchni przeważają wzniesienia o wyniosłości od 1000 do 2000 m n.p.m. Te, które znajdą jakiś przesmyk, mają już łatwiej, bo wlatują na rozległą Nizinę Węgierską. Teraz, w nagrodę czeka ich ze 400 km łatwiejszego lotu,  ale potem natykają na Karpaty Zachodnie z Gerlachem o wysokości 2655 m n.p.m. Najlepiej ominąć je lecąc doliną Cisy i tuż po minięciu Koszyc wejść na teryto­rium Polski. Od granicy blisko już do Nowego Sącza i Krakowa. A stamtąd, albo dalej na północ w kierunku Warszawy, albo na zachód w kierunku Katowic, Wrocławia, czy Poznania. Lecąc tą drogą gołę­bie miałyby do stolicy około 1683 km. Te, które boją się wody, po osiągnięciu Zatoki Weneckiej, leciały zapewne w kierunku Niziny Węgierskiej przesmykiem między Słowenią i Chorwacją, nad Rijeką i Zagrzebiem. Tym ptakom bliżej do Polski doliną Dunaju, i potem na północ – doliną Morawy w kierunku Bratysławy, Ołomuńca, Ostrawy i dalej Katowic. Najprawdopodobniej większość z tych, które powró­ciły, wybrały tą drogę. Jej długość wynosi około 1496 km, tj. około 160 km więcej niż najkrótsza odległość mierzona po linii prostej z Watykanu do Warszawy.

 

Z Barcelony pierwszy odcinek trasy najłatwiej gołębiom pokonać nad lądem, wybrzeżem Morza Liguryjskiego. W ten sposób omijają wysokie Pireneje. Granicę hiszpańsko-francuską przekraczają w rejo­nie miasta Perpignan, słynnego także z lotów dalekodystansowych. Potem w zasadzie najłatwiejsza, ale najdłuższa trasa wiodłaby doliną rzeki Garonna, biegnąc nieco na zachód, w kierunku Tuluzy,  Borde­aux, i później Niziną Francuską na północ, na Paryż, Brukselę i nasze polsko-belgijskie szlaki z Antwerpii, czy z Brukseli. Ale niestety, ta droga to z Barcelony do Warszawy liczy co najmniej 2442 km. Nieco bliżej do Polski byłoby gołębiom lecącym między Masywem Central­nym i pasmem Zachodnich Alp, dolinami rzek Rodan i Saonna, i dalej na wschód nad kanałem Rodan-Ren w kierunku na Mannheim, Mo­guncję, Saarbrückren, Frankufrt nad Menem, Erfurt i Lipsk. Tą drogą do Warszawy byłoby około 2035 km. O przelocie najkrótszą, prosto­linijną drogą o długości około 1890 km nie może być mowy, bo trzeba by przelecieć akurat wzdłuż całe pasmo Alp z najwyższymi szczytami o wyniosłości w granicach około 4000 m n.p.m.

 

Zwolennikom takich maratonów ponad fizyczne możliwości gołębia daję pod rozwagę też inne argumenty. Dlaczego najdalszym dystan­sem biegów dalekich jest bieg maratoński na dystansie tylko rzędu 50 km? A no zapewne dla­tego, że rozumnie myślący ludzie, już przed wiekami doszli do przekonania, że pokonanie tej odległości jeszcze leży w grani­cach ludzkich możliwości. Dlaczego nie organizuje się biegów np. na odległość 100 czy 200 km? Najprawdopodobniej dla­tego, że większość zawodników nie dobiegłaby w ogóle do mety. I to właśnie wzięto pod uwagę. Inaczej niestety jest w przypadku naszych gołębi. Z nimi „hodowca” może zrobić, co zechce, bo one są od niego w pełni zależne. Ich o zdanie pytać nie trzeba, one głosu nie mają. W biegu maratońskim ludzie uczestniczą z własnej, nieprzymuszonej woli, a gołębie na lot „idą” z rozkazu; w przypadku takich lotów – z kaprysu „hodowcy” – na poniewierkę i w końcu na niechybną śmierć.

 

Groteskowo też brzmi argument innego internauty, który zauważa, że przecież konie też łamią so­bie nogi w zawodach, a mimo to ciągle organizuje się im wyścigi. Ma on w podtekście pytanie: dlaczego więc zabraniać orga­nizowania lotów maratońskich gołębiom? To prawda, ale zapytam o rzecz najistotniejszą – ile procentowo jest takich wypad­ków? 1, 2, a może 3%? Gdyby tyle gołębi nie wróciło z Barce­lony, nie miałbym nic przeciwko ich organizowaniu, ale tu proporcje są odwrotne. Z Barcelony ma szanse powrócić kilka, a w najlepszym przypadku kilkanaście procent wysłanych gołębi, a reszta przepadnie. Oby było inaczej, oby powróciły wszystkie. Nawiasem mówiąc w każdej dyscyplinie sportu istnieje pewne ryzyko odniesienia kontuzji, a mimo to nie zabrania się ich uprawiania, ponieważ ryzyko to jest stosunkowo niewielkie, a każdy przystępując dobrowolnie do zawo­dów sam bierze je na siebie. Niestety w przypadku naszych zawodów lotowych organizowanych z tak znacznych odległości i w tak trud­nych uwarunkowaniach geograficznych jest zupełnie inaczej. Planując więc organi­zację takiego lotu musimy wpierw rozważyć podstawowe pytanie: ile gołębi ma szansę z niego powrócić? Odpowiedź określa równocześnie stopień trudności lotu i klaruje ewentualne kwestie mo­ralno-etyczne i względy humanitarne.

 

Pragnę też zwrócić uwagę, że wcale nie jest tak, jak napisał inny internauta: „kto nie chce na taki lot wysłać swoich gołębi, ten niech ich nie wysyła, ale niech nie krytykuje i nie zabrania innym”. O nie! – drogi kolego. W cywilizowanym świe­cie obowiązują bowiem pewne zasady, i czy się to komuś podoba czy nie, trzeba się im podporząd­kować. Jest prawo moralno-etyczne, są zasady humanitaryzmu, są konwencje międzynarodowe, a wśród nich i ta zabraniająca znęcania się nad zwierzę­tami, dręczenia ich lub skazywania je na cierpienia. I dlatego nie jest to kwestia indywidualna – ja dam lub nie dam. Jeśli od­powiedzialne gremium w oparciu o realistyczne przesłanki uzna, że takie loty przekraczają naturalne, przyrodzone możliwości fizyczne gołębia, to takich lotów po prostu nie można organizować. A tak jest niewątpliwie w przypadku lotów z Watykanu, czy z Barcelony do Polski, jeśli weźmie się pod uwagę nasze negatywne doświadczenia z niedalekiej przeszłości. Tak jest już na Zacho­dzie. W niektórych kra­jach istnieje zakaz koszowania na loty dalekodystansowe z odległości ponad 1000 km gołębi rocznych. Uznano bowiem, że jest to dla tak młodych organizmów wysiłek zbyt duży, wysiłek ponad miarę.

 

W wypowiedziach poruszono jeszcze inne wątki. Inny zwolennik takich lotów pyta, czy humanitarna jest selekcja przez tzw. usuwanie gołębi, które – jego zdaniem – polega na zwykłym urywaniu im głów? Otóż to zasadnicza różnica. Szybkie pozbawienie zwierzęcia życia bez skazywania go na cierpienia jest dopuszczone prawem, jest także zgodne z zasadami moralno-etycznymi zapisanymi w zdecydowanej większości ksiąg mądrościowych i kodeksów świata, w tym również w Biblii. Inaczej wszyscy bylibyśmy wegetarianami. Podkreślam, iż chodzi przede wszystkim o to, by zwierzęcia za życia, a także bezpo­średnio przed pozbawieniem go życia – świadomie nie skazywać na cierpienia i nie dręczyć.

 

Kolejny zwolennik organizowania takich lotów pisze, że protestu­jemy przeciwko skazywaniu gołębi na poniewierkę i cierpienia wysy­łając je np. na lot z Barcelony, a czym różnią się od nich efekty na­szych „czarnych niedziel”? To prawda, skutki są podobne. Ale i tu jest sub­telna różnica. Wysyłając gołębie na loty z odległości rozsądnych, na tzw. loty jednodniowe, czynimy to w przekonaniu, że istnieją re­alne szanse na udany lot, bo takie mamy doświadczenia. W wielu przypadkach bowiem czas konkursowy z takich i podobnych lotów trwa około godziny, czy dwóch. A to, że dochodzi do katastrof, w zdecydowanej większości przypadków wynika z zaniedbań organiza­cyjnych, do których należy zali­czyć przede wszystkim brak pełnego rozpoznania warunków atmosferycznych i geomagnetycznych na tra­sie lotu oraz ewi­dentne zaniedbania w zakresie zapewnienia gołębiom właściwych warunków transportu i startu. A za te zaniedbania jeste­śmy poniekąd odpowiedzialni wszyscy, powierzając organizację lo­tów osobom niekompetentnym i nieodpowiedzialnym. Natomiast w przypadku lotów np. z Watykanu, czy z Barcelony jest inaczej. Tu – na podstawie realistycznych przesłanek i doświadczeń z przeszłości – z góry można przewidzieć, jakie będą ich wyniki, niezależnie od wa­runków. Zabiegi, nawet o jak najlepsze warunki transportu i pełne rozpoznanie warunków atmosferycznych na nic się nie zdadzą. Te ogromne odległości, wespół z ukształtowaniem geograficz­nym terenu na trasie lotu przesądzają o wyniku. Zdecydowana większość gołębi z naszego kraju nie ma szans na powrót. Nie można więc, zdając sobie sprawę z tego, organizować takich lotów.

 

Z tonu wypowiedzi wnioskuję, że najbardziej zabiegają o to młodzi hodowcy, którzy chcieliby przeżyć jakieś emocje, chcieliby poszczy­cić się wobec kolegów tym, że – „ja dałem na Barcelonę!”. Podej­rzewam, że wśród nich są i tacy, którzy nie do­chowali się jeszcze ptaka, który wróciłby w czasie konkursowym z odległości 500 km. Sam znam takiego entuzjastę. Jeszcze nigdy nie ukończył sezonu lo­towego, bo wcześniej wszystko gubi, lotując z roku na rok tylko rocz­niakami, bo – prowadząc taką politykę – nie potrafi dochować się starszych gołębi, ale powiedział, że na Barcelonę da... również rocz­niaki! Ci starsi, doświadczeni wiedzą, „czym to pachnie” i że niczego to nie da.

 

Na kwestię organizacji lotów dalekodystansowych typu „maraton” należy spojrzeć jeszcze w jednym aspekcie. Jak słusznie zauważyło to kilku dyskutantów – niestety nie mamy jeszcze w Polsce gołębi w pełni predysponowanych na takie loty, a jeśli się trafiają, to są one nieliczne. Moim zdaniem, jest to ubocznym efektem, niejako konse­kwencją naszych programów lotowych i rodzaju naszych współza­wodnictw od lat nastawionych na wyhodowanie gołębia wszechstron­nego typu „allround” zdolnego do zdobywania konkursów zarówno z odległości 100, jak i z 1000 km. Spośród tych gołębi tylko nieliczne są w stanie pokonywać dystanse maratońskie. Lotów dalekodystanso­wych z odległości rzędu 1000 km tak naprawdę mieliśmy stosunkowo niewiele. U nas organizuje się je rzadko, a hodowcy w wielu przypad­kach traktują je na zasadzie eksperymentu, wysyłając na nie gołębie mierne, przeciętne, takie do pozbycia. Trudno więc szukać w naszych gołębnikach gołębi zdolnych do pokonywania takich odległości. Trzeba je najpierw wyhodować.

 

Na Zachodzie jest inaczej. Tam od dziesięcioleci loty dalekie z od­ległości ponad 700-800 km organizowane są poza współzawodnic­twem związkowym, wyłącznie w ramach klubów dalekodystanso­wych działających niezależnie. W Belgii, w Holandii, w Niemczech, we Francji są hodowcy, którzy od lat specjalizują się w takich lotach i drogą selekcji hodowlano-lotowej dopracowali się gołębi o takich predyspozycjach, zdolnych do pokonywania takich dystansów i ciągle je doskonalą. Tam też, w odróżnieniu od nas, hodowcy na takie loty wysyłają gołębie specjalnie przygotowane, i to pod każdym wzglę­dem. Biorąc wszystkie te kwestie pod uwagę, jestem zdania, że – jak na razie – nasze ambicje porównywania się i konkurowania z kole­gami z Zachodu w takich lotach musimy odłożyć na bok. My mamy stamtąd większe odległości, do nas – czy to z Włoch, czy z Barcelony – gołębie mają trudniejsze trasy przelotu, a przede wszystkim nie mamy jeszcze ptaków o takich predyspozycjach.

 

Jaki więc powinien być kierunek naszych działań zmierzających do tego, by w przyszłości bez skrupułów organizować takie loty i skutecznie konkurować z kolegami z Zachodu?

 

  1. Wyłączyć loty z odległości ponad 800 km z programów oddziało­wych, a pozostawić w nich tylko loty jednodniowe, z których gołębie mają szanse powrócić w dniu startu.
  2. Loty dalekie z odległości ponad 800 km organizować na zasadzie dobrowolności, niezależnie od programu lotów oddziałowych, np. w ramach klubów dalekodystansowych. Może ich być wtedy więcej, w sezonie np. 4 lub 5. Organizujmy je jednak nadal z kierunków typowo zachodnich, a więc z terenu Niemiec, Holandii, Belgii i ewentualnie Francji. Są to kierunki pewne, bo wypróbowane i przetestowane i znacznie łatwiejsze niż kierunki południowe i połu­dniowo-wschodnie, z których gołębie po drodze muszą pokonywać pasma górskie. W ostatni weekend lipca tego roku wiele jednostek organizacyjnych związku przeprowadziło loty dalekodystansowe z zachodu, z odległości od 900 do 1500 km. Legnica leciała z Dunkierki, Kraków z Brukseli, Katowice, Wielkopolska i Rzeszów z Ostendy, Wrocław i Legnica z Dunkierki. Wszystkie były bardzo udane. Czas konkursowy wyczerpano w ciągu kilku godzin, a straty były minimalne. W wielu przypadkach z lotu wróciły wszystkie gołębie. Bodaj najdłuższy lot mieli rzeszowianie. Lecieli z Ostendy odległej o około 1500 km. Ich gołębie wystartowały dnia 30 lipca o godzinie 7, a pierwsze ptaki były w domu już nazajutrz rano. To są dla nas loty maratońskie. Nie szukajmy szczęścia w Watykanie, czy w Barcelonie. Lotując tak i selekcjonując gołębie z roku na rok po jakimś czasie dochowamy się gołębi dalekodystansowych z prawdziwego zdarzenia, zdolnych konkurować z gołębiami specjalistów od lotów maratońskich z Zachodu.
  3. Koniecznie trzeba nam podnieść na wyższy poziom kulturę transportu gołębi na loty i zadbać o zapewnienie im optymalnych warunków startu i lotu, przede wszystkim poprzez pełne rozpoznanie warunków biome­teorologicznych i geomagnetycznych w celu zminimalizowania prawdopodobieństwa wystąpienia katastrof lotowych.

Na koniec krótko zreasumuję. Nie jestem bynajmniej przeciwny or­ganizowaniu lotów dalekodystansowych typu maratońskiego, ale o tym, jakie loty organizo­wać, z jakich kierunków i odległości, powinny zdecydować racjonalne przesłanki, a przede wszystkim realistyczna ocena szans powrotu gołębi oparta o doświadczenia sprzed lat. Nie można w tym względzie kierować się względami propagando­wymi, źle pojętą odwagą, brawurą, czy chęcią pokazania się. Uważam, że loty spod Monte Cassino, z Watykanu, czy też z Barcelony – to do­świadczenia, z których powinniśmy wyciągnąć wnioski. Młodzi nie­stety tego nie pamiętają lub o tym nie wiedzą, więc starsi powinni ich przestrzec. Bo tu nie chodzi o odwagę, tu chodzi o zdrowy rozsądek. Oby nie było tak, jak w tej anegdotce o dziecku przestrzeganym przez ojca przed dotknięciem gorącego pieca. Nic nie pomoże, póki ono samo nie poparzy się.

 Piotr Patas

 

PS. Tak pisałem o lotach maratońskich kilka lat temu. Co się zmieniło od tego czasu? Czy jesteśmy mądrzejsi, analizując tegoroczne rezultaty lotów z Barcelony i z Paryża? 


Podziel się
oceń
16
1

komentarze (13) | dodaj komentarz

Oferta na obrączki rodowe

czwartek, 16 lutego 2012 14:37

 

 

Piotr Patas                                                   Dnia 29.12.2010 roku

Brzoskwinia 241

32-084 Morawica


 

 

Zarząd Główny PZHGP

WPKiW, Aleja Różana 6

41-501 Chorzów

Skrytka pocztowa 62


 

               Poniżej zamieszczam list otwarty skierowany do członków ZG PZHGP. Proszę o przedstawienie go temu gremium na najbliższym posiedzeniu.

 

List otwarty do członków ZG PZHGP


 

Szanowni Panowie!


Z inspiracji grona kolegów, którzy uważają iż polscy hodowcy płacą bardzo drogo za obrączki rodowe, nawiązałem kontakt z największą firmą na świecie produkującą ob­rączki rodowe, głównie dla gołębi pocztowych.


Obrączki, jak obrączki, ale czy są coś warte? Czy firma ma poważne referencje? Ile produkuje obrączek w skali roku? Kogo zaopatruje? Czy jej produkty mają atesty tech­niczne, dopuszczenia do stosowania; np. w krajach UE? A przede wszystkim, jakie ma ceny? Czy są kon­kurencyjne w stosunku do tych, które dyktują nasi krajowi produ­cenci? O to wszystko zapytałem Dyrektora Firmy.


Poprosiłem o przygotowanie oferty na ew. zamówienie rzędu 4-5 mln obrączek rocz­nie, dane techniczne obrączek, atesty, wyniki badań próbnych, patenty i oczywi­ście ceny. Dyrektor podszedł do sprawy poważnie. W ciągu dwóch miesięcy wymie­niliśmy kilka listów, w oparciu o które przygotowałem komplet in­formacji tech­niczno-handlo­wych. Oto one.


Firma produkuje:


- obrączki rodowe wykonane w całości z tworzywa sztucznego,

- obrączki rodowe wykonane po części z tworzywa sztucznego, po części z metalu (po­dobne do tych, które zakładamy naszym gołębiom),

- obrączki rodowe z kieszonką na czip (do elektronicznego konstatowania) także
w dwóch wersjach; wykonane w całości z tworzywa sztucznego lub po części z two­rzywa i z metalu.


Dyrektor Firmy przysłał mi kilkanaście obrączek. Oto ich fotki i ceny.

 

2. Obrączka zwykła z tworzywa sztucznego… nazywana przez wytwórcę Fo­otring Pla­stic/Plastic  


Cena:   32.60 EURO/za tysiąc sztuk.


 3. Obrączka wykonana po części z tworzywa sztucznego, po części z metalu (po­dobna do tych, które zakładamy naszym gołębiom). Jest ona nazywana przez wytwórcę… Footring Pla­stic/Aluminium. To obecnie przedmiot naszych zainte­re­sowań.


Cena:  33,72 EURO/za tysiąc sztuk.

 

 

Fot. 1. Obrączka wykonana po części z tworzywa sztucznego, po części z metalu (po­dobna do tych, które zakładamy naszym gołębiom). Jest ona nazywana przez wy­twórcę… Footring Pla­stic/Aluminium.

 

Obrączka  rodowa z kieszonką na czip wykonana w całości z tworzywa sztucz­nego, nazy­wana przez wytwórcę iComRing Plastic/Plastic.

 

Cena: 54,10 EURO/za tysiąc sztuk.

 

 

Fot. 2. Obrączka  rodowa z kieszonką na czip wykonana w całości z two­rzywa sztucznego, nazy­wana przez wytwórcę iComRing Plastic/Plastic.

 Obrączka  rodowa z kieszonką na czip wykonana po części z tworzywa, po czę­ści z alumi­nium (Plastic/Aluminium). To przedmiot naszych zaintereso­wań w naj­bliż­szej przyszłości.

 

           Cena: 85,45 EURO/za tysiąc sztuk

 

 Obrączki są produkowane w 15 kolorach. Parametry wymiarowe – średnice: we­wnętrzna i zewnętrzna oraz wysokość – wedle życzeń klienta.

 

Koszty dodatkowe


Transport (pokrywa zamawiający)   2,24 EURO/za 1000 sztuk      

                                                                             

Cło (płatne w Polsce)   ………         6,5 % od kwoty fakturowej


Podatek VAT (płatny w Polsce)   ……….  22% od kwoty fakturowej

 

Policzmy, ile łącznie kosztują obrączki od tego producenta (cena producenta + trans­port + cło + podatek VAT):

 

Cena producenta obrączek typu Footring Plastic/Aluminium
(to przedmiot naszych zainteresowań)…………….. 

 

                             33,72 EURO/za 1000 sztuk                                                                                                          

 

Koszt transportu…...   

                                           2,24 EURO/za 1000 sztuk

 

 

Razem (kwota fakturowana)…..      

                        35,96 EURO /za 1000 sztuk

 

Do tego podatek VAT 22% [1]  ……   


                                 7,91 EURO/1000 sztuk                                                                                                         

 

Do tego cło  6,5 %      

                                         2,34 EURO/za 1000 sztuk  

 

Ogółem………                                                                                                              46,21 EURO/za 1000 sztuk                                                                                           

 

Przy średnim kursie EURO z ostatniego półrocza   ……………                          1 EURO = 4 PLN


zakup i sprowadzenie do Polski 1000 sztuk obrączek kosztowałoby….                  184,84 PLN 

 

 

czyli   18,5 grosza za sztukę. 

 

   

Dyrektor Firmy podkreśla, iż są to ceny do negocjacji. Sądzę, iż przy naszych po­trzebach i zamówieniu rzędu kilku milionów sztuk na rok można wynegocjować upust rzędu 10%.


 

Jakość obrączek


     Dyrektor Firmy zapewnia, iż obrączki są najwyższej jakości. Potwierdzają to testy wy­konywane w trakcie rutynowej kontroli jakości. Obrączki wykazują odporność na:  


- ekspozycja na bezpośrednie światło słoneczne  ………………                  240 godzin (bez wad) 

- kąpiel w 10% roztworze soli   ……(bez wżerów)                                                              

- 700 C x 100 godzin …..                   (bez pęknięć)

 

- niskią temperaturę   - 300 C x 72  godzin ………………………….                               (bez pęknięć) 


- oraz wytrzymałość na ściskanie prostopadle do osi   ……………                         18,1 do 18,7 kG 

 

 

Fot. 3. Obrączki w trakcie testów wytrzymałościowych.

 

Jeśli ktokolwiek twierdzi, iż te obrączki są mizernej jakości (bo takie głosy dają się słyszeć w kręgach decyzyjnych Związku), niech przedstawi na to wiarygodne doku­menty; opinie techniczne, wyniki badań itp….

 

     Referencje


     Dyrektor Firmy informuje, że jest największym i najpoważniejszym producentem ob­rączek na świecie. Firma dostarcza obrączki do ponad 26 krajów; m.in. do Rumu­nii, Wę­gier, Hiszpanii, do Stanów Zjednoczonych, do Japo­nii, Chin, a także do Nie­miec i do Belgii.  Na rok 2010 firma miała zamówienia na ponad 17,7 mln sztuk obrą­czek.

 

Ob­rączki są naj­wyższej jakości, są oferowane po konkurencyjnych cenach. Firma realizuje zamówienia „od ręki”. Obrączki są opatentowane w Unii Europej­skiej. Patent ów obej­muje również nasz kraj. 

 

     Czy cena jest konkurencyjna?


     Z informacji zamieszczonych w Hodowcy… nr 10/2009 wynika, że w 2008 roku Za­rząd Główny płacił krajowemu producentowi   ………..                                   35,0 groszy/za sztukę

 

Do tego dochodzi cena karty własności   …………………………                     4,3 grosza/za sztukę

 

Razem     ……………………………                                                                    39,3 grosze/za sztukę

 

 

Cena karty własności jest też za wysoka. Kartę własności nie gorszej jakości można dziś wydrukować za 0,67 grosza. Mam na to ofertę poważnej drukarni.


 

Oferta Firmy opiewa na   ………………………………………                             18,50 grosza/za sztukę


Gdy doliczymy za kartę własności   ………………….                                   0,67 grosza/za sztukę


otrzymamy za obrączkę z kartą własności kwotę   ………                       19,17 grosza/za sztukę


 

Różnica jest znaczna, bo wynosi …..… 39,30 – 19,17 = 20,13  grosza.

 

     Za obrączki w kraju płacimy zatem dwa razy więcej. Wszak to tylko różnice w gro­szach, ale przemnożone przez globalne ilości obrączek, zamawiane w skali całego związku – ura­stają do setek tysięcy złotych, a na przestrzeni kilku lat – do milionów.


Policzmy zatem, ile mogli­byśmy zyskać, sprowadzając te tańsze obrączki. W skali roku 2008 byłoby to:

 

4 380 900 obrączek x 0,2013 PLN/na jednej obrączce, to daje sumę:

 

881 tysięcy 875 złotych

 

     Ile za tę sumę można by zakupić nowoczesnych kabin do transportu gołębi? Co naj­mniej osiem; licząc po 100 tys. jedna. Ile systemów do elektronicznego konstatowania? Co najmniej 250; licząc po około 3,5 tys. jeden. To tylko efekty jednego roku ekonomicz­nego myślenia. Na przestrzeni ostatnich 10 lat suma ta urasta prawie do 9 mln PLN.

 

     Szanowni Panowie, członkowie ZG PZHGP


          Poddaję wam tę ofertę pod uwagę w trosce o ekonomikę w PZHGP, w trosce o kie­szeń polskiego hodowcy, o niemarnowanie naszych pieniędzy i nieuzasadnione bogace­nie się….. kogoś tam. Ofertę tę przedstawiam Wam, kierownictwu naszego związku, ponieważ to Wy Panowie macie w gestii zaopa­trywanie i dystrybucję obrą­czek rodo­wych dla pol­skich hodowców. Na życzenie Panów gotów jestem udostęp­nić pełne dane tej firmy, całą korespondencję, zdjęcia, atesty z badań, próbki rekla­mowe, jak również opinię Izby Celnej w Warszawie dotyczącą wyso­kości cła i po­datku VAT. Według za­pewnienia Dyrektora, Firma jest gotowa na współpracę od dziś.

 

Z poważaniem

 

Piotr Patas


 

 

PS. List ten skierowałem do ZG w grudniu 2010 roku. Do dziś ze strony ZG - żadnej reakcji. Cisza!


Temat poruszyłem na KWZD w kwietniu 2011 roku, wnosząc o zaintersowanie się nim przez nowe władze Związku. Jan Kawaler przekonał delegatów, że nie warto się tym tematem zająć. Ja zarzuciłem mu niegospodarność. Na to on mnie zapytał o to, ile ja z tego mam. Pewnie dlatego, że on nie wyobraża sobie tego, by ktoś bezintersownie szukał dla polskich hodowców dwukrotnie tańszych obrączek rodowych; a przy tym nie gorszych od obecnie nabywanych. Przypomnę, ze obrączki te posiadają patent UE, dopuszczenie do stosowania przez FCI, a przy tym atesty techniczne sygnowane przez jednostkę naukowo-badawczą. Kupują je dla swych hodowców niemiecki i belgijski związek.  

 


[1] Wysokość podatku VAT oraz cła przyjęto według informacji uzyskanej w Izbie Celnej w Warszawie; na koniec roku 2010. Obecnie podatek VAT wynosi 23%. Na ceną obraczki wpłynie to niezauważalnie. 


 

 


Podziel się
oceń
24
2

komentarze (19) | dodaj komentarz

Nowa książka Piotra Patasa

niedziela, 15 maja 2011 15:01

 

Andre Roodhooft - Król Unii Antwerpskiej

 

Gołębie są częścią mojego życia,

poza trudem i pracą przynoszą mi radość, spokój i wytchnienie.

 André Roodhooft

 

  Dlaczego król? Skąd ten tytuł? Stowarzyszenie hodowców gołębi w Belgii nosi nazwę Ko­ninklijke Belgische Duivenliefheb­bersbond, co wolnym przekładzie znaczy – Królewski Związek Miłośników Gołębi. Stąd właśnie Mistrz Unii Antwerpskiej – elitarnego klubu lotowego w Belgii – w konsekwencji miano­wany jest Królem Unii. Nazwa ta i tradycja z nią związana mają korzenie sięgające początków ubiegłego wieku, okresu I wojny światowej, kiedy to go­łąb pocztowy był jeszcze najdo­skonalszym środkiem przekazywania informacji z frontu, i dla- tego traktowano go jako rodzaj broni strategicznej. Z tego po­wodu stowarzyszenia hodow­ców gołębi pocztowych cieszyły się uznaniem władz państwowych i wojskowych. Wyrazem tego był swoisty patronat państwa (Króla), określone przywileje dla hodowców i nazwa – Królewski Związek. Tak było między innymi w Niemczech, w Belgii, w Holandii i w Wiel­kiej Brytanii. Tradycja ta trwa tam do dnia dzisiejszego.

 

Andre Roodhooft

 

Współzawodnictwo w ramach Unii Antwerpskiej uznawane jest w Belgii za najbardziej prestiżowe. Tytuł Króla Unii Antwerpskiej André Roodhooft zdobył aż 10-krotnie; było to  w latach: 1983, 1988, 1992, 2000, 2002, 2005, 2006, 2007, 2008, 2009. W roku 2007 spotkał go wy­jątkowy zaszczyt. Za zdobycie tytułu Króla Unii w trzech kolejnych latach: 2005-2006-2007 został uhonorowany tytułem Cesarza Unii Antwerpskiej (Kaiser Union Antwerp). Tytuł Cesa­rza przypadł mu również w udziale w latach 2008 i 2009 za dwa trzyletnie okresy „królowa­nia” w Unii: 2006-2007-2008 i 2007-2008-2009.

André Roodhooft zdobywał laury we wszystkich katego­riach lotowych. W latach 1987-1988 był mistrzem w lotach dalekodystansowych (Generalmeister Weitstreckenclub Antwerpen). W tym okresie Unia zrzeszała najwięcej, bo  około 1500 hodowców. Na przestrzeni ostatnich 30 lat wielokrotnie zdobywał tytuły mi­strzowskie i wicemistrzowskie w lotach na średnich i dalekich dystansach, zarówno gołębiami dorosłymi, roczniakami, jak i młódkami. Na te ty­tuły składają się osiągnięcia lotowe indy­widualnych gołębi. Najlepsze z nich określa się na Zachodzie mianem asów lotowych (Astaube). André Roodhooft może się poszczycić asami lotowymi bodaj we wszystkich kategoriach lotowych. Często miewał najlepszego lotnika Unii Antwerpskiej, najlep­szego roczniaka Unii, najlepszego dorosłego lotnika na średnich, czy dalekich dystansach.

 

André Roodhooft uczestniczy też w innych współzawod­nictwach; m.in. we współzawod­nictwie czasopisma De Snelle Vlucht oraz we współzawodnictwie pod nazwą Fond 2001. Klasa jego hodowli i umiejętności i tu znajdują swoje potwierdzenie. André bryluje, zdoby­wając tytuły mistrzowskie zarówno młódkami, roczniakami, jak i gołębiami dorosłymi. Jak przystało na hodowcę tej miary, André Roodhooft dochował się również olimpijczyka. W roku 2005 jego gołąb reprezentował Belgię na Olimpiadzie w Portugali.

 

Mistrzostwo w Unii rozgrywane jest na wszystkich dystan­sach. Zasady zbliżone są do na­szego GMP. Żeby zostać Kró­lem Unii trzeba być najlepszym na wszystkich dystansach; średnich (350-450 km), dalekich jednodniowych (500-650 km) i maratońskich (ponad 1000 km). Rozgrywa się je w oparciu o z góry typowane gołębie. Dystanse średnie obejmują trzy­naście lotów gołębi dorosłych i rocznych oraz siedem lotów gołębi młodych. Do współza­wodnictwa zalicza się punkty czterech najlepszych ptaków. Dystanse dalekie jednodniowe obejmują osiem lotów. Do współzawodnictwa sumuje się punkty dwóch naj­lepszych pta­ków. Dystanse dalekie (maratony) obejmują pięć lotów. Do współzawodnictwa zalicza się punkty jednego, z góry typowanego gołębia.

 

André zaczął interesować się gołębiami już w wieku 7 lat. Jego ojciec wprawdzie nie miał z nimi nic do czynienia, ale dwóch jego braci i szwagier byli hodowcami. W wieku 12 lat André odnosił już pierwsze sukcesy w lotach na krótkich dystansach. Potem, po ożenku w roku 1973 podjął pracę przy gołębiach w stacji hodowlanej Natural założonej przez legen­darnego Noël’a De Scheemaecker’a. Kontynuuje ją do dziś. Ceni ją, cieszy się nią, wszak jest ona spełnieniem jego życiowego marzenia – móc robić to, co się kocha i z tego żyć. Dla Roodhooft’a gołębie to hobby, miłość, zawód, praca, a więc całe życie. Wszystko, z wyjąt­kiem najbliższej rodziny jest im podporządkowane. Nic więc dziwnego, że przy takim zaan­gażowaniu już od najmłodszych lat osiągał w tym sporcie sukcesy.

 

André Roodhooft zdobył w gołębiarstwie wiele; można by nawet powiedzieć, że wszystko. Wielokrotnie był na szczycie, ale miał też lata trudne. Rok 1990 nie był dla niego łatwy. Zawał serca, operacja, i to w najpiękniejszym wieku, po czterdziestce. Szybko jednak wyszedł z tego. W ostatnich latach przeżył drugie załamanie zdrowia. Choroba nowotwo­rowa. Ale André niełatwo się poddaje. Świadczy o tym jego szybki powrót do zdrowia i fakt, że znów lotuje i zwycięża. Problemy zdrowotne były dla niego poważnym wyzwaniem, a zarazem doświadczeniem i próbą charakteru. Dzięki nim przewartościował swoje życie i sposób podejścia do swego hobby.

 

Kiedyś wszystko w życiu – także gołębie – traktował nadzwyczaj poważnie, odpowiedzial­nie, wręcz z chorobliwą, aptekarską dokładnością. Jeśli oblot wdowców miał być o szóstej, to był o szóstej i nie mogło być inaczej. Po chorobie uznał, że tak nie trzeba, że nie jest to takie ważne, że jest to wręcz niezdrowe. Dziś wie, że nic złego się nie stanie, gdy gołębie zostaną wypuszczone np. o 7:30. André zrozumiał, że do wszystkiego trzeba mieć dystans. Dotyczy to wszystkich aspektów życia. Ta dewiza – twierdzi André – nie zwalnia nas bynajmniej od zachowania podstawowych warunków prowadzenia racjonalnej hodowli. Zawsze trzeba się opiekować gołębiami, dbać o ich zdrowie, zapewnić im właściwe warunki bytowania. Trzeba w tym jednak zachować właściwą miarę.

 

Nie darowałbym sobie tego, gdybym mistrza tej miary nie zapytał o jego receptę na suk­ces, o to, co w tym sporcie jest najważniejsze. Pytam więc, czy do gołębi trzeba mieć talent? A może to tylko kwestia wiedzy i umiejętności? André uważa, że dobre gołębie, dobry go­łębnik i właściwa opieka to warunki pod­stawowe, ale bynajmniej niewystarczające, albo­wiem sukces w hodowli i w lotach, to nie tylko kwestia nabycia dobrych go­łębi, zbudowania dobrego gołębnika i opieki. Dla hodowcy dążącego do sukcesu gołębie muszą być najważ­niejsze. Trzeba się nimi opiekować i troszczyć się o nie. Trzeba się im poświę­cić, przebywać wśród nich i zżyć się z nimi. Gołębia trzeba mieć w sercu! Tego nabyć nie można. A może w tym tkwi istota owego „talentu”, z którym jeden się rodzi, a drugi za nic w świecie go nie kupi? Kolejna rzecz w drodze do sukcesu to – zdaniem André – selekcja, i to bardzo ostra selekcja. Selekcja, selekcja, raz jeszcze selekcja! „Złe gołębie usuwam, dobre od czasu do czasu sprzedaję, a te najlepsze zostawiam dla siebie”. Oto dewiza mistrza. To zrozumiałe, szczere.

 

Jego mistrz i nauczyciel, wzór do naśladowania? André bez wahania odpowiada – Noël De Scheemaecker; zmarły w roku 2002 w wieku 93 lat założyciel stacji hodowlanej Natural. Uważa go nie tylko za swego mistrza i nauczyciela, lecz również za niedoścignionego znawcę i miłośnika gołębia pocztowego, a przede wszystkim za człowieka wielkiego for­matu i dobrego przyjaciela. Zasłużył sobie na tę opinię przykładem swojego godnego, dłu­giego i pracowitego życia.

 

Co André chciałby jeszcze osiągnąć? Jakie są jego marze­nia? Mistrz powiedział mi, że chce nadal cieszyć się gołębiami, chce nadal dobrze lotować. Nieopisaną radość wciąż spra­wia mu widok powracającego z lotu gołębia, a gdy się okaże, że wrócił jako pierwszy, czy drugi – jego szczęście osiąga pełnię.

 

Ale André Roodhooft to nie tylko wybitny hodowca. To również wzięty publicysta. Na przestrzeni ponad 30 lat napisał kilkaset artykułów o gołębiach pocztowych. Były one publi­kowane m.in. w niemieckojęzycznym magazynie belgijskim pod nazwą Gut Flug. W 2006 roku za swój dorobek w tej dzie­dzinie został uhonorowany tytułem najlepszego dziennika­rza gołębiarskiego. André Roodhooft jest przykładem wybitnego hodowcy, który na dodatek potrafi fachowo, ze znawstwem pisać o gołębiach; i to prostym, zrozumiałym językiem. To jego największy atut. Jest mistrzem w hodowli i w lotach, a zarazem osobą, która tę wiedzę potrafi przekazać innym.

 

W swoich artykułach André przekazuje Czytelnikom wiedzę zdobytą przez lata prowa­dzenia własnej hodowli i równocześnie stacji hodowlanej Natural. Dzięki temu tchną one autentyzmem. Dzieli się w nich swoimi doświadczeniami, udziela praktycznych wskazó­wek, porad, odpowiada na liczne pytania kierowane do niego przez Czytelników. Jest w tym nadzwyczaj szczery. Opowiada o swoich sukcesach, ale przyznaje się też do swoich wa­hań, wątpliwości, błędów i pomyłek. Nie kreuje się bynajmniej na autorytet, z jego tekstów Czytelnikowi rysuje się obraz prostego, skromnego, normalnego człowieka.

 

Artykuły Roodhooft’a czytuję od wielu lat. Doce­niając jego doświadczenie, wiedzę i wartość jego publikacji od dawna nosiłem się z zamiarem poznania tego człowieka i udo­stępniania jego dorobku polskiemu Czytelnikowi. Nadarzyła się okazja. Jesienią roku 2008 – przez kolegę Krystiana Lasotę mieszkającego w Niemczech – zostałem zaproszony do od­wiedzenia kilku gołębników w Belgii, w Holandii i w Niemczech. Skorzystałem z tego. An­dré przyjął nas gościnnie. Poświęcił nam czas. Pokazał nam swoje gołębie i gołębniki. Pod­wiózł nas do stacji hodowlanej Natural. Chętnie przystał na opublikowanie swego dorobku pisarskiego tu w Polsce.

 

To, co tu proponuję Państwu, to nie są wierne tłumaczenia jego artykułów. Jest to raczej tematyczna kompilacja powstała w oparciu o jego oryginalne teksty publikowane w mie­sięczniku Gut Flug. Dlatego może się zdarzyć, iż niektóre opi­nie Autora będą się powtarzać, a nawet mogą być ze sobą sprzeczne, czy sprawiać wrażenie nieuporządkowanych. Np. jednym razem za najlepszą podłogę w gołębniku André uznaje ruszty, innym razem pisze, że ruszty są złe, a najlepsza jest podłoga pełna z drewnianych desek. Jest tak dlatego, ponie­waż poglądy autora na wiele spraw zmieniały się z czasem. Jest to wynikiem ustawicznych poszukiwań i doświadczeń, jakie podejmował przez lata, w dążeniu do znalezienia rozwią­zań optymalnych – z własnego punktu widzenia – i zarazem przyjaznych dla gołębi. Do­świadczenia te prowadzi do dziś.

 

Ta publikacja obejmuje artykuły André Roodhooft’a zamieszczone w Gut Flug w latach 1983-1994. Mimo upływu czasu treści te są nadal aktualne. Teksty z języka niemieckiego przełożył Krystian Lasota, za co pragnę mu w tym miejscu serdecznie podziękować. Ja pod­jąłem się ich opracowania.

 

Życzę Państwu przyjemnej lektury.

 

 

Piotr Patas

 

***

 

 

 Spis treści

 

Król Unii Antwerpskiej   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .    5

Gołębnik   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   11

Jesień i zima w gołębniku   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  31 

Lęgi zimowe w Belgii   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   40

Młódki   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   45

Krople do oczu Ledercord i Kenacord   . . . . . . . . . . . . . . .   60

Zaciemnianie gołębnika   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   66

Lotowanie „z gniazda” i „wdowieństwo”   . . . . . . . . .    71 

Hodowca – gołębie   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   75

Loty katastrofalne   . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .    82

Hodowla „na ogiera”   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   95

Selekcja   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 102

Dobre gołębie, czy nazwisko?   . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   111 

Aukcje   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   114 

Aklimatyzacja   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  116

Argentyna   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  117

Sport gołębiarski na Tajwanie   . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   122

Zdrowie i choroba   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  125

Trychomonadoza   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  125 

Kokcydioza   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  129 

Katar   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  132  

Paramyksowiroza   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  133

Ospa, dyfteryt, czy ospodyfteryt?   . . . . . . . . . . .  137

Salmonelloza   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  141

Adenowizora   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   148

André Roodhooft odpowiada…   . . . . . . . . . . . . . . . . .   153

Wspomnienia sprzed  lat   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 182

Zamiast zakończenia   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  184

Noël De Scheemaecker   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  189

 

http://www.piotrpatas.orangespace.pl/

 

 

 


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Lęgi zimowe w Belgii

niedziela, 19 grudnia 2010 16:54

 W Belgii coraz częściej prowadzi się lęgi zimowe. Kiedyś zimowe młódki chowali tylko „specjaliści” i „mali hodowcy”. Obecnie wiele hodowli – i tych małych i dużych – przestawiło się na lęgi zimowe, z których odchowuje się wczesne młódki. W Belgii jest wielu „małych” hodowców, którzy trzymają stosunkowo niewiele gołębi. Niektórzy nie mają nawet gołębnika rozpłodowego. Chcąc mieć wczesne młódki, muszą je chować zimą po wdowcach. Dlatego dziś prawie u wszystkich latają młódki zimowe.

 Dlaczego my Belgowie - pisze Roodhooft - chowamy zimowe młódki, przydając sobie pracy i kłopotów z tym związanych? Bodaj najważniejszą tego przyczyną jest wzrost popularności lotowania młódkami. W Belgii bardzo rozpowszechniła się gra gołębiami młodymi o pieniądze. Loty młódkami mają też u nas duże znaczenie prestiżowe. W innych krajach jest inaczej. Tam rzadko chowa się młódki zimowe.

W Niemczech np. młódki zimowe nie są w ogóle potrzebne, ponieważ prawie wszystkie niemieckie oddziały organizują dla młódków tylko 4-5 lotów; i na dodatek zaczynają je dopiero w sierpniu lub we wrześniu. Tam młódki wysyła się najdalej na odległość 250 km. Do tego nie potrzeba wczesnych młódków zimowych. Poza tym w Niemczech jest znacznie wię­cej jastrzębi niż u nas. W niektórych rejonach do kwietnia nie można wypuszczać nawet go­łębi dorosłych, a co dopiero młódki. Zimowe młódki, które uczą się latać w lutym i w marcu, byłyby  tylko pokarmem dla ptaków drapieżnych.


Gdy w Belgii w połowie maja zaczynamy lotować młódkami, w Niemczech w tym czasie hodowcy odstawiają dopiero pierwszy lęg młódków. W połowie czerwca nasze młódki latają już z odległości 350-400 km. W Niemczech w tym czasie młódki wyklute w marcu, czy w kwietniu dopiero co nauczyły się latać. Żeby młódki mogły uczestniczyć w lotach, powinny być odstawione od rodziców co najmniej 3-4 miesiące wcześniej. My w Belgii w sierpniu przekraczamy młódkami odległość 500 km. We wrześniu mamy zazwyczaj dwa loty narodowe dla młódków z La Souterrain. To do mnie odległość nieco ponad 600 km. Młode uchowane zimą osiągają w tym czasie dojrzałość płciową. To pozwala lotować nimi metodą „pół-wdowieństwa”, lub też „z gniazda”. W ten sposób można je lepiej i skuteczniej moty­wować.


W ostatnich dwóch latach z końcem września wysyłamy młódki na lot z Brive. To dla rejonu Antwerpii odległość rzędu 700 km. Niestety w tym locie co roku ginie bardzo dużo młodych gołębi. Osobiście nie jestem zwolennikiem wysyłania młódków na tak duże odległości. Poza tym uważam, że koniec września to zbyt późna pora na taki lot; i to moim zdaniem – a nie odległość – jest główną przyczyną tak dużych strat. Tak znaczne straty potęguje fakt, iż wielu hodowców – niestety – wysyła na ten lot swoje najgorsze młódki. Czasem – na stracenie, czasem w nadziei, że odkryją asa, w myśl zasady, że niekiedy i „byk może się ocielić”. Ale lot z Brive jest bardzo popularny i cieszy się dużym prestiżem. Gołąb, zwycięzca z narodowego lotu z Brive jest natychmiast wart pół miliona belgijskich franków[1].


Największą zaletą lęgów zimowych jest to, że młódki uchowane zimą inaczej się pierzą. Zaczynają wymianę upierzenia już w kilka dni po odstawieniu od rodziców; i to – nie od lotek w skrzydłach, jak to jest w przypadku młódków wiosennych, lecz – od piór drobnych na szyi i na pokrywie skrzydeł. Lotki zaczynają wymieniać dopiero latem, gdy drobne pióra są w pełni odnowione. W lipcu, w sierpniu i we wrześniu upierzenie młódków zimowych jest znacznie lepsze, ani­żeli młódków wiosennych. Są w lepszej dyspozycji lotowej. Mogą bez przeszkód uczestniczyć w tych najdalszych prestiżowych lotach. To wszystko sprawia, że Belgowie prowadzą lęgi zimowe i hodują wczesne młódki.


Jak to robimy?


Dla hodowców praktykujących lęgi zimowe dzień 25 listopada jest optymalną datą do łączenia gołębi w pary. Partnerzy wysiadują jajka i początkowo wspólnie chowają pisklęta. Gdy młódki osiągną dwa tygodnie życia, zabiera się jednego z partnerów, żeby nie doszło do ponownego zniesienia jaj przez samiczkę. Zwykle jest to samica, którą – wraz z jednym młódkiem – przenosi się do woliery lub do przyległego przedziału. Młódki w miskach stawia się obok siebie na podłodze wyściełanej słomą lub ściółką typu Bodenbelag-Korrel. Samice chętnie je karmią. Niektóre – nie rozpoznając swoich – karmią nawet obce. Z reguły karmią każdego głodnego, który domaga się jedzenia.


Kto chce całkowicie odciążyć wdowce, ten może zabrać obydwa pisklęta, pozostawiając je pod opieką samic. Nie trzeba się obawiać o to, że młódki będą niedożywione. Samiczka jest w stanie dobrze odchować dwa dorastające młódki. W razie konieczności wspomogą ją inne. W miarę dorastania wszystkie młódki zaczną chodzić po podłodze, staną się jednym przedszkolem, jedną rodziną – „wszystkie będą nasze”.

Kto planuje lotować samicami, może postąpić odwrotnie. Do woliery może przenieść same samice, a obydwa młódki pozostawić z samcem. To odciąży samice od karmienia piskląt i oszczędzi ich siły na przyszłe loty. W trakcie oblotów samców, przygotowywanych do roli przyszłych wdowców, można ewentualnie samice wpuszczać na jakiś czas do gołębnika hodowlanego, żeby dokarmiły młódki. Możliwości jest wiele. Sama technika nie jest tak ważna. Najważniejsze jest to, żeby samiczki nie miały kontaktu ze swoimi partnerami, żeby się nie parzyły i drugi raz nie złożyły jaj, ponieważ to może przyspieszyć zrzucenie pierwszej lotki przez samce. Po tym pierwszym, zimowym lęgu, samce-wdowce zwykle pod koniec marca są ponownie parowane. Samice po raz drugi składają jajka. Po 10 dniach wysiadywania jaj zabiera się samice i jajka. W tym momencie samce stają się wdowcami. To ponowne parowanie gołębi nie jest regułą. W wielu gołębnikach samce-wdowce po pierwszym zimowym lęgu nie spotykają się już z partnerkami. Praktyka pokazuje, że tak traktowane samce nie spisują się gorzej w lotach.


Jeżeli wszystko przebiega normalnie, bez zakłóceń, to młódki mogą być zaobrączkowane w pierwszych dniach stycznia. W moim oddziale już w dniu 31. grudnia starego roku o godzinie 24. można odebrać obrączki rodowe na nowy rok. Bywało tak, że nieco wcześniej połączyłem gołębie i dlatego już 31 grudnia, w kilka minut po północy musiałem odbierać swoje obrączki rodowe. Nadal zdarza się tak, że gdy większość ludzi bawi się na balach sylwestrowych i wita Nowy Rok, to inni w tym czasie przy pomocy wazeliny obrączkują swoje nieco przerośnięte młódki.

Przygotowanie do lęgów zimowych

Gołębie w zasadzie nie wymagają szczególnego przygotowania do lęgów zimowych. Ale mimo to hodowca ma z tym trochę więcej pracy. Woda marznie, a w gołębniku jest zimno i nieprzyjemnie. Gołębiom to jednak nie przeszkadza. Najważniejszym i niezbędnym warunkiem przystąpienia do lęgów zimowych jest nienaganne, stuprocentowe, rdzenne zdrowie gołębi! Ważne jest również to, żeby przed połączeniem w pary co najmniej trzy miesiące gołębie były rozłączone. Gołębi, które do połowy października chowały młódki, z końcem listopada nie powinno się ponownie parować. Lęgi zimowe można wprawdzie prowadzić bez użycia sztucznych źródeł światła, ale doświetlając gołębnik – kilka godzin z rana – przyspieszymy zarówno łączenie gołębi w pary, jak i składanie jaj. Gołębiom rozpłodowym to nie szkodzi, ale hodując młódki z gołębi lotowych, powinniśmy możliwie jak najmniej doświetlać gołębnik. Wskutek doświetlania gołębie mogą zbyt wcześnie rozpocząć pierzenie. To samo dotyczy młódków uchowanych zimą. Gdy w pierwszych miesiącach życia będą miały zbyt dużo światła, zaczną wcześniej wyrzucać lotki. Dlatego lepiej im gołębnik zaciemniać. Na pogodę i temperaturę nie mamy wpływu, ale gdy tylko samiczki zniosą jajka, zmiany aury nie mają żadnego znaczenia. Może być zimno, nawet w czasie klucia się piskląt i karmienia młódków. To niczemu nie przeszkadza. Rodzice ogrzeją je wystarczająco. W stacji hodowlanej Natural lęgi zimowe prowadzi się w otwartych, osiatkowanych wolierach. Młódki rozwijają się doskonale nawet przy temperaturach rzędu –15 do –20oC; i to bez dogrzewania. Ważne jest jednak to, żeby było cieplej przy łączeniu gołębi w pary. Przede wszystkim wtedy nie powinno być wilgotno i mglisto, bo to nie sprzyja łączeniu gołębi w pary. Wtedy gołębie siedzą smutne z nastroszonymi, wilgotnymi piórami. Są bez życia, w gołębniku nic się nie dzieje. Jeśli przy parowaniu jest ładna i ciepła pogoda, lęgi zimowe zawsze się udają. Gdy gołębie się sparowały, to wtedy nic im już nie przeszkodzi. Może nadejść zima i mrozy, a one mimo to będą chować swoje potomstwo.

 

Piotr Patas

 

PS. Tekst jest fragmentem nowej książki pt.: "Andre Roodhooft  -  Król Unii Antwerpskiej".

 



[1] Frank belgijski – waluta używana w Belgii w latach 1832-2002. Frank belgijski został zastąpiony przez Euro. Kurs wymiany wynosił 1 Euro – 40,3399 franków. A zatem 500 000 Franków belgijskich stanowiło równowartość około 12 400 Euro, czyli około 50 000 PLN. 

 

http://www.piotrpatas.orangespace.pl/

 


Podziel się
oceń
10
1

komentarze (13) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 26 sierpnia 2016

Licznik odwiedzin:  404 406  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Publikacje o gołębiach pocztowych Piotra Patasa. Artykuły, książki, zdjęcia sylwetek i oczu gołębi pocztowych

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 404406

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl