Bloog Wirtualna Polska
Jest 937 745 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Oferta na obrączki rodowe

czwartek, 16 lutego 2012 14:37

 

 

Piotr Patas                                                   Dnia 29.12.2010 roku

Brzoskwinia 241

32-084 Morawica


 

 

Zarząd Główny PZHGP

WPKiW, Aleja Różana 6

41-501 Chorzów

Skrytka pocztowa 62


 

               Poniżej zamieszczam list otwarty skierowany do członków ZG PZHGP. Proszę o przedstawienie go temu gremium na najbliższym posiedzeniu.

 

List otwarty do członków ZG PZHGP


 

Szanowni Panowie!


Z inspiracji grona kolegów, którzy uważają iż polscy hodowcy płacą bardzo drogo za obrączki rodowe, nawiązałem kontakt z największą firmą na świecie produkującą ob­rączki rodowe, głównie dla gołębi pocztowych.


Obrączki, jak obrączki, ale czy są coś warte? Czy firma ma poważne referencje? Ile produkuje obrączek w skali roku? Kogo zaopatruje? Czy jej produkty mają atesty tech­niczne, dopuszczenia do stosowania; np. w krajach UE? A przede wszystkim, jakie ma ceny? Czy są kon­kurencyjne w stosunku do tych, które dyktują nasi krajowi produ­cenci? O to wszystko zapytałem Dyrektora Firmy.


Poprosiłem o przygotowanie oferty na ew. zamówienie rzędu 4-5 mln obrączek rocz­nie, dane techniczne obrączek, atesty, wyniki badań próbnych, patenty i oczywi­ście ceny. Dyrektor podszedł do sprawy poważnie. W ciągu dwóch miesięcy wymie­niliśmy kilka listów, w oparciu o które przygotowałem komplet in­formacji tech­niczno-handlo­wych. Oto one.


Firma produkuje:


- obrączki rodowe wykonane w całości z tworzywa sztucznego,

- obrączki rodowe wykonane po części z tworzywa sztucznego, po części z metalu (po­dobne do tych, które zakładamy naszym gołębiom),

- obrączki rodowe z kieszonką na czip (do elektronicznego konstatowania) także
w dwóch wersjach; wykonane w całości z tworzywa sztucznego lub po części z two­rzywa i z metalu.


Dyrektor Firmy przysłał mi kilkanaście obrączek. Oto ich fotki i ceny.

 

2. Obrączka zwykła z tworzywa sztucznego… nazywana przez wytwórcę Fo­otring Pla­stic/Plastic  


Cena:   32.60 EURO/za tysiąc sztuk.


 3. Obrączka wykonana po części z tworzywa sztucznego, po części z metalu (po­dobna do tych, które zakładamy naszym gołębiom). Jest ona nazywana przez wytwórcę… Footring Pla­stic/Aluminium. To obecnie przedmiot naszych zainte­re­sowań.


Cena:  33,72 EURO/za tysiąc sztuk.

 

 

Fot. 1. Obrączka wykonana po części z tworzywa sztucznego, po części z metalu (po­dobna do tych, które zakładamy naszym gołębiom). Jest ona nazywana przez wy­twórcę… Footring Pla­stic/Aluminium.

 

Obrączka  rodowa z kieszonką na czip wykonana w całości z tworzywa sztucz­nego, nazy­wana przez wytwórcę iComRing Plastic/Plastic.

 

Cena: 54,10 EURO/za tysiąc sztuk.

 

 

Fot. 2. Obrączka  rodowa z kieszonką na czip wykonana w całości z two­rzywa sztucznego, nazy­wana przez wytwórcę iComRing Plastic/Plastic.

 Obrączka  rodowa z kieszonką na czip wykonana po części z tworzywa, po czę­ści z alumi­nium (Plastic/Aluminium). To przedmiot naszych zaintereso­wań w naj­bliż­szej przyszłości.

 

           Cena: 85,45 EURO/za tysiąc sztuk

 

 Obrączki są produkowane w 15 kolorach. Parametry wymiarowe – średnice: we­wnętrzna i zewnętrzna oraz wysokość – wedle życzeń klienta.

 

Koszty dodatkowe


Transport (pokrywa zamawiający)   2,24 EURO/za 1000 sztuk      

                                                                             

Cło (płatne w Polsce)   ………         6,5 % od kwoty fakturowej


Podatek VAT (płatny w Polsce)   ……….  22% od kwoty fakturowej

 

Policzmy, ile łącznie kosztują obrączki od tego producenta (cena producenta + trans­port + cło + podatek VAT):

 

Cena producenta obrączek typu Footring Plastic/Aluminium
(to przedmiot naszych zainteresowań)…………….. 

 

                             33,72 EURO/za 1000 sztuk                                                                                                          

 

Koszt transportu…...   

                                           2,24 EURO/za 1000 sztuk

 

 

Razem (kwota fakturowana)…..      

                        35,96 EURO /za 1000 sztuk

 

Do tego podatek VAT 22% [1]  ……   


                                 7,91 EURO/1000 sztuk                                                                                                         

 

Do tego cło  6,5 %      

                                         2,34 EURO/za 1000 sztuk  

 

Ogółem………                                                                                                              46,21 EURO/za 1000 sztuk                                                                                           

 

Przy średnim kursie EURO z ostatniego półrocza   ……………                          1 EURO = 4 PLN


zakup i sprowadzenie do Polski 1000 sztuk obrączek kosztowałoby….                  184,84 PLN 

 

 

czyli   18,5 grosza za sztukę. 

 

   

Dyrektor Firmy podkreśla, iż są to ceny do negocjacji. Sądzę, iż przy naszych po­trzebach i zamówieniu rzędu kilku milionów sztuk na rok można wynegocjować upust rzędu 10%.


 

Jakość obrączek


     Dyrektor Firmy zapewnia, iż obrączki są najwyższej jakości. Potwierdzają to testy wy­konywane w trakcie rutynowej kontroli jakości. Obrączki wykazują odporność na:  


- ekspozycja na bezpośrednie światło słoneczne  ………………                  240 godzin (bez wad) 

- kąpiel w 10% roztworze soli   ……(bez wżerów)                                                              

- 700 C x 100 godzin …..                   (bez pęknięć)

 

- niskią temperaturę   - 300 C x 72  godzin ………………………….                               (bez pęknięć) 


- oraz wytrzymałość na ściskanie prostopadle do osi   ……………                         18,1 do 18,7 kG 

 

 

Fot. 3. Obrączki w trakcie testów wytrzymałościowych.

 

Jeśli ktokolwiek twierdzi, iż te obrączki są mizernej jakości (bo takie głosy dają się słyszeć w kręgach decyzyjnych Związku), niech przedstawi na to wiarygodne doku­menty; opinie techniczne, wyniki badań itp….

 

     Referencje


     Dyrektor Firmy informuje, że jest największym i najpoważniejszym producentem ob­rączek na świecie. Firma dostarcza obrączki do ponad 26 krajów; m.in. do Rumu­nii, Wę­gier, Hiszpanii, do Stanów Zjednoczonych, do Japo­nii, Chin, a także do Nie­miec i do Belgii.  Na rok 2010 firma miała zamówienia na ponad 17,7 mln sztuk obrą­czek.

 

Ob­rączki są naj­wyższej jakości, są oferowane po konkurencyjnych cenach. Firma realizuje zamówienia „od ręki”. Obrączki są opatentowane w Unii Europej­skiej. Patent ów obej­muje również nasz kraj. 

 

     Czy cena jest konkurencyjna?


     Z informacji zamieszczonych w Hodowcy… nr 10/2009 wynika, że w 2008 roku Za­rząd Główny płacił krajowemu producentowi   ………..                                   35,0 groszy/za sztukę

 

Do tego dochodzi cena karty własności   …………………………                     4,3 grosza/za sztukę

 

Razem     ……………………………                                                                    39,3 grosze/za sztukę

 

 

Cena karty własności jest też za wysoka. Kartę własności nie gorszej jakości można dziś wydrukować za 0,67 grosza. Mam na to ofertę poważnej drukarni.


 

Oferta Firmy opiewa na   ………………………………………                             18,50 grosza/za sztukę


Gdy doliczymy za kartę własności   ………………….                                   0,67 grosza/za sztukę


otrzymamy za obrączkę z kartą własności kwotę   ………                       19,17 grosza/za sztukę


 

Różnica jest znaczna, bo wynosi …..… 39,30 – 19,17 = 20,13  grosza.

 

     Za obrączki w kraju płacimy zatem dwa razy więcej. Wszak to tylko różnice w gro­szach, ale przemnożone przez globalne ilości obrączek, zamawiane w skali całego związku – ura­stają do setek tysięcy złotych, a na przestrzeni kilku lat – do milionów.


Policzmy zatem, ile mogli­byśmy zyskać, sprowadzając te tańsze obrączki. W skali roku 2008 byłoby to:

 

4 380 900 obrączek x 0,2013 PLN/na jednej obrączce, to daje sumę:

 

881 tysięcy 875 złotych

 

     Ile za tę sumę można by zakupić nowoczesnych kabin do transportu gołębi? Co naj­mniej osiem; licząc po 100 tys. jedna. Ile systemów do elektronicznego konstatowania? Co najmniej 250; licząc po około 3,5 tys. jeden. To tylko efekty jednego roku ekonomicz­nego myślenia. Na przestrzeni ostatnich 10 lat suma ta urasta prawie do 9 mln PLN.

 

     Szanowni Panowie, członkowie ZG PZHGP


          Poddaję wam tę ofertę pod uwagę w trosce o ekonomikę w PZHGP, w trosce o kie­szeń polskiego hodowcy, o niemarnowanie naszych pieniędzy i nieuzasadnione bogace­nie się….. kogoś tam. Ofertę tę przedstawiam Wam, kierownictwu naszego związku, ponieważ to Wy Panowie macie w gestii zaopa­trywanie i dystrybucję obrą­czek rodo­wych dla pol­skich hodowców. Na życzenie Panów gotów jestem udostęp­nić pełne dane tej firmy, całą korespondencję, zdjęcia, atesty z badań, próbki rekla­mowe, jak również opinię Izby Celnej w Warszawie dotyczącą wyso­kości cła i po­datku VAT. Według za­pewnienia Dyrektora, Firma jest gotowa na współpracę od dziś.

 

Z poważaniem

 

Piotr Patas


 

 

PS. List ten skierowałem do ZG w grudniu 2010 roku. Do dziś ze strony ZG - żadnej reakcji. Cisza!


Temat poruszyłem na KWZD w kwietniu 2011 roku, wnosząc o zaintersowanie się nim przez nowe władze Związku. Jan Kawaler przekonał delegatów, że nie warto się tym tematem zająć. Ja zarzuciłem mu niegospodarność. Na to on mnie zapytał o to, ile ja z tego mam. Pewnie dlatego, że on nie wyobraża sobie tego, by ktoś bezintersownie szukał dla polskich hodowców dwukrotnie tańszych obrączek rodowych; a przy tym nie gorszych od obecnie nabywanych. Przypomnę, ze obrączki te posiadają patent UE, dopuszczenie do stosowania przez FCI, a przy tym atesty techniczne sygnowane przez jednostkę naukowo-badawczą. Kupują je dla swych hodowców niemiecki i belgijski związek.  

 


[1] Wysokość podatku VAT oraz cła przyjęto według informacji uzyskanej w Izbie Celnej w Warszawie; na koniec roku 2010. Obecnie podatek VAT wynosi 23%. Na ceną obraczki wpłynie to niezauważalnie. 


 

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330847047,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jak wygrywać młódkami?

piątek, 04 listopada 2011 18:25

Tokrczyk radzi...

Jak wygrywać młódkami?

Autor: Piotr Patas

Wiesiu Tokarczyk może, a nawet powinien udzielać rad. Warto go posłuchać, poniewaz mozna go uznać za specjalistę w tego rodzaju lotach. Hodowla, którą prowadzi  - pod opryginalną nazwą "Tokarczyk-Kwartet-Lot" - bryluje w lotach gołębiami młodymi. Od kilku lat, co najmniej w jednym z kilku rodzajów współzawodnictwa osiaga mistrzostwo w Oddziale Trzebinia wchodzącym w sklad nowo utworzonego Okręgu Śląsk-Wschód. Oddział zrzesza obecnie okolo 140 członków. W sklad tandemu "Tokarczyk-Kwartet-Lot" - oprócz Wiesława - wchodza jeszcze: jego 12 -letni syn Filip, Jarosław Łabuzek i Tadeusz Kłeczek. Wiesław zajmuje się gołębiami. Do niego nalezy hodowla, karmienie, pojenie, konstatowanie przylotów. Koledzy, Jarosław Łabuzek i Tadeusz Kłeczek wywożą gołębie na loty treningowe i dowożą je na koszowanie. Syn Filip opiekuje się gołębiami w czasie nieobecności Ojca. W tej kadencji Wiesław Tokarczyk pełni funkcje wiceprezesa oddziału do spraw lotowych. Czuwa nad zapewnieniem gołębiom właściwych warunków transportu na loty i samego startu.



Fot. 1. Gołębniki „Kwartetu” położone są na płaskowyżu wśród pól.

Hodowcy zespołu „Tokarczyk-Kwartet Lot” nie są bynajmniej nowicjuszami w tym sporcie. Co najmniej od kilku lat osiągają znaczące wyniki lotowe tak w Oddziale, w Rejonie, jak i w Okręgu nie tylko w lotach młódkami, lecz także gołębiami dorosłymi. Od roku 2003 hodowla ta plasuje się ciągle w ścisłej czołówce Oddziału. Najczęściej zdobywa tytuły mistrzowskie lub wicemistrzowskie. W lotach gołębi młodych króluje niepodzielnie; co roku zdobywa mistrzostwo, przynajmniej w jednym lub w dwóch współzawodnictwach.

Fot. 2. „Tokarczyk-Kwartet Lot”. Od lewej: Jarosław Łabuzek, Wiesław Tokarczyk, Filip Tokarczyk, Tadeusz Kłeczek.

A oto wyniki lotowe „Kwartetu” z okresu czterech ostatnich lat 2008-2011.


 

A oto, jak leciały młódki w sezonie 2011.

Tablica 1. Wyniki lotowe młódków zespołu „Tokarczyk-Kwartet Lot” w sezonie 2011


* W sezonie 2011 lotowano dwiema drużynami. Górny wiersz pokazuje wynik pierwszej drużyny, dolny wiersz – drugiej drużyny.

Tablica pokazuje, że „Kwartet” ma bardzo szybkie gołębie. Z każdego lotu plasują się w ścisłej czołówce listy konkursowej. Nie są to bynajmniej pojedyncze „szpicowe” gołębie. Stado jest wyrównane. Gdy tylko zamelduje się pierwszy ptak, natychmiast pojawiają się (siadają) kolejne. Dystanse czasowe między gołębiami ścisłej czołówki są tak małe, że można powiedzieć, iż gołębie wprost „sypią się z nieba”. Zauważmy, że pierwsze premiowane dziesiątki są konstatowane w bardzo krótkim czasie. Z pierwszego lotu pierwsze dziesiątki były skonstatowane w czasie zaledwie 9 sekund (I drużyna) i 24 sekund (II drużyna). W ostatnim locie, z odległości nieco ponad 300 km, pierwsza punktowana dziesiątka była skonstatowana w ciągu niespełna 5 minut (I drużyna), i w ciągu 7,5 minuty (druga drużyna); przy czasie konkursowym w oddziale – 28,5 minuty.


Fot. 3. Wiesław Tokarczyk przed jedną z wolier.

Na podkreślenie zasługuje fakt, iż  pierwszej 50-tce najlepszych lotników w Oddziale Trzebinia jest aż 35 młódków „Kwartetu”; w tym 14 pierwszych na liście.  Wśród nich aż 35 zdobyło komplet konkursów; po sześć z sześciu lotów. Nic dziwnego że „Tokarczyki...” wygrali obydwa  współzawodnictwa: w najlepszych dziesiątkach z 50-ki i w typowanej piętnastce. Imponująca jest również sprawność lotowa gołębnika. Przy normatywnej bazie 1:5, gdzie konkursy zdobywa 20% koszowanych gołębi, „Kwartet...” osiąga średnią sprawność rzędu 80% (I drużyna) i 67% (II drużyna). W locie z Olesna aż 90% gołębi pierwszej drużyny zdobyło konkursy. Niewiele gorszy był lot z Kluczborka, gdzie konkursy zdobyło 86% koszowanych gołębi pierwszej drużyny. To też świadczy o klasie tego gołębnika. Podobnie jest co roku. Ktoś powie: „słaba konkurencja!”. Nic podobnego, absurd. Jeśli gołębie „siadają” z lotu w ścisłej czołówce i to odstępach sekundowych, to przypuszczenie to jest nieuzasadnione. 

Dociekliwy Czytelnik zauważy, iż rezultaty I drużyny są wyraźne lepsze od wyników II drużyny. Dlaczego? Otóż w skład obydwu drużyn wchodzą inne gołębie. Stado zostało tak podzielone przed lotami. Pierwsza drużyna składa się z tych najszybszych gołębi „Kwartetu”. Są to głównie ptaki wywodzące się ze szczepów: Schellens i Engels. W skład drugiej drużyny wchodzą w znacznej ilości  młódki ze szczepów dalekodystansowych; głównie Leo Kouters i Theo De Jong sprowadzonych do hodowli przez Krystiana Lasotę z Holandii. Ich odmienne predyspozycje potwierdził lot dodatkowy z Fürstenwelde (455 km). O ile w lotach oddziałowych brylowały młódki ze szczepów szybkich, to w tym locie dalekim wyraźnie lepsze były „Koutersy”. Potwierdza to znaną tezę, iż na loty dalekie potrzeba innych gołębi. Ich predyspozycje objawiają się już w wieku młodzieńczym.

Zespół olimpijski pięciu gołębi z drużyny I pretendujący do Mistrzostwa Olimpijskiego’2011

To bardzo szybkie gołębie, a przy tym powracające z każdego lotu w czołówce. Miejsca: 4-14-17-22-40-41-42-69-69 – to przecież ścisła czołówka. Ich najdalsze, punktowane miejsca: 137-143-189 (w pierwszej dwusetce) – w konkurencji około 3 tys. gołębi – nie są wiele gorsze. 


 

Fot. 4. Piątka najszybszych młódków „Kwartetu”.

To jeszcze szybszy zespół. Najdalsza pozycja to miejsce 45. Niesamowite.

To bynajmniej nie są wszystkie osiągnięcia „Kwartetu”. Ten zgrany tandem swą klasę sygnalizował znacznie wcześniej. Rok 2005 to jeden z lepszych sezonów. „Kwartet” zdobył wówczas Mistrzostwo Okręgu Katowice w lotach gołębi młodych, najliczniejszego Okręgu w kraju. Był to sukces nie lada. Warte odnotowania jest również to, że w roku 2005 hodowcy „Kwartetu” odnieśli sukces w zawodach organizowanych ze wspólnego gołębnika w Miliczu. Ich ptak wygrał lot finałowy z Berlina, wracając jako pierwszy z 6-minutowym wyprzedzeniem. W nagrodę otrzymali puchar, zegar elektroniczny TAURIS i w gotówce 1000 PLN.

Jednak rok 2011 jest bez wątpienia w ich dotychczasowej karierze najobfitszy w sukcesy i tytuły, zarówno wlotach gołębi dorosłych, jak i młodych. W lotach gołębi dorosłych Kwartet zdobył mistrzostwo oddziału we wszystkich kategoriach A, B, C i D. Podobnie w lotach młódkami.  „Kwartet sięgnął też po pierwszeństwo w Mistrzostwie Olimpijskim. Ich najlepsza piątka młódków osiągnęła w czterech premiowanych lotach koeficjent 355,50. Cóż można powiedzieć? Jak to skomentować? Krótko, zwięźle. Te osiągnięcia stawiają tę hodowlę w gronie najwybitniejszych; nie tylko w Oddziale i w Okręgu, ale także na arenie ogólnopolskiej.

Warunki sukcesu w lotach młódkami

Na pytanie o warunki sukcesu w lotach młódkami, Wiesław Tokarczyk odpowiedział krótko i zwięźle:

  1. Jakość gołębi.
  2. Zdrowie gołębi.
  3. Fachowa opieka; w tym częste treningi.
  4. Ostra selekcja.

Przełóżmy to na konkrety. Od czego zacząć, by dobrze lecieć młódkami? Jeśli ma się już hodowlę, to trzeba zacząć od wyboru odpowiednich gołębi do rozrodu – uważa Tokarczyk. To pierwszy krok.

Po jakich gołębiach hodować? Tokarczyk hoduje po najszybszych gołębiach; tych na krótki i średni dystans. Łączy je ze sobą; przy czym prawie w ogóle nie zwraca uwagi na kolor oczu. To go nie interesuje. Tokarczyk nie ufa młódkom z gołębi dalekodystansowych, ponieważ jeszcze nigdy z gołębi dalekodystansowych lub gołębi typu „allround” nie urodził się u niego gołąb, który byłby szybszy od jego sprinterów. Aczkolwiek – dodaje – w tym roku młódki po nowo-nabytych gołębiach dalekodystansowych szczepu Leo Kouters sprawdziły się bardzo dobrze; zwłaszcza w najdalszym locie z Fürstenwelde (455 km), gdzie zdobyły 3. i 9. serię w konkurencji 2900 startujących gołębi. Szybkie młódki rodzą się też czasem z gołębi, które same szybkie nie są, natomiast szybcy byli ich rodzice. Wygląda na to, że cechę szybkości odziedziczyły po dziadkach.

Wśród tych najszybszych u Tokarczyka dominują gołębie z hodowli Karla Schellens’a i Floor Engels’a z linii „231”. Pochodzą one Tadeusza Nowaka z Prudnika. „Engelsy” wydają bardzo dobre potomstwo w połączeniu z innymi gołębiami. Szczególnie obiecujące jest potomstwo z krzyżówek „Engelsów” z gołębiami od Karola Paszka z Ustronia (potomstwo po słynnym płowym olimpijczyku „808”) oraz z gołębiami Grondelaers i Drapa przywiezionymi do Polski z Niemiec przez Krystiana Lasotę. Samica z gołębi Drapy od Dieter Kremer’a wydała w tym roku 4 młódki i wszystkie zdobyły komplety konkursów. To dobry prognostyk.

.

Fot. 5.  Syn Filip karmi młódki na trawniku przed gołębnikiem.

Czy pary, które wydały wybitne gołębie należy pozostawiać w tych samych połączeniach? Tokarczyk jest zdania, że co roku trzeba w parach zmieniać partnerów. Dlatego rzadko wraca do tych samych połączeń. Nie wierzy w to, żeby z tego samego połączenia urodził się gołąb ponadprzeciętny, a tym bardziej wybitny.

Czy to prawda, że młódki po roczniakach są bardziej żywotne, szybsze i lepiej lecą; zaś po starych są wolniejsze? Dlatego niektórzy łączą starego partnera z młodym; nigdy dwa stare ze sobą. Tokarczyk nie zgadza się z tą opinią. Jego zdaniem wiek rodziców nie ma żadnego znaczenia. Szybkie młódki można uchować zarówno po młodych rodzicach, jak i po starych. Twierdzi, iż dwa lata temu po 13-letnim samcu uchował najlepsze lotniki; i to z połączeń z samiczkami w różnym wieku; od roku do czterech lat. W tym roku z połączenia samicy z rocznika 2003 i samca z roku 2004 urodził się najlepszy lotnik oddziału.

Co preferuje Tokarczyk, krzyżówkę, czy pokrewieństwo? Część stada Tokarczyk łączy w pokrewieństwie; czasem nawet w bardzo bliskim. W oparciu o swoje kilkuletnie doświadczenia Tokarczyk twierdzi, że młódki uchowane z połączeń krewniaczych są równie szybkie, jak te wywodzące się z krzyżówek. Czasem nawet są szybsze. Np. w 2007 roku najszybszym młódkiem w Oddziale Trzebinia okazała się jego samiczka urodzona z połączenia krewniaczego. W ubiegłym sezonie było podobnie.

A może wartość genetyczna, lub inaczej – potencjał genetyczny młódków się nie zmienia, tylko – w związku z tym, że partnerzy nie są już dla siebie tak atrakcyjni – obniża się witalność potomstwa, w efekcie czego nie jest ono już tak błyskotliwe, szybkie? Ta atrakcyjność może spadać w miarę, jak pary są z sobą dłużej, zaś nowy partner na nowo ją wznieca; w myśl niepisanej, acz popularnej zasady, iż najpiękniejsze są dzieci z pierwszej, tej najgorętszej miłości. I może to dotyczyć zwłaszcza gołębi szybkich, których witalność jest największym atrybutem. U gołębi wolnych, dalekodystansowych może to mieć mniejsze znacznie.

Przygotowanie gołębi dorosłych do rozrodu

Żeby uchować zdrowe młódki, gołębie rodzicielskie muszą być do rozrodu odpowiednio przygotowane. Na czym polega właściwe przygotowanie par rodzicielskich do rozrodu, żeby wydały zdrowe, pełnowartościowe potomstwo? Zdaniem Tokarczyka zacząć trzeba od doboru do rozrodu odpowiednich gołębi. On sam do rozpłodu przeznacza tylko te gołębie, które są w pełni zdrowe! To jest najważniejsze. Potencjalni rodzice mogą mieć wprawdzie jakieś zewnętrzne, nabyte fizyczne defekty typu: złamane kiedyś skrzydło, uszkodzony mostek, wadliwe lotki, itp., ale nie dopuszcza do rozrodu ptaków, które mają jakieś genetyczne słabości, czy wady. Gołębie przeznaczone do rozrodu powinny też być dobrze wypierzone.

W trakcie zimy, w okresie ocieplenia gołębie szczepi się przeciwko paramyxowirozie. U schyłku zimy przechodzą kurację marchwiową. W jej trakcie jedzą surową tartą marchew. W pierwszym dniu, pół na pół z jęczmieniem. Przez kolejne dni – jedzą samą marchew. Nie bardzo chcą, ale w końcu – nie mając nic innego – biorą się za nią. Jedzą ją dopóty, dopóki kał nie jest czerwony. To znak, że są czyste wewnętrznie. W trakcie tej kuracji pozbywają się też zbędnego tłuszczu. Samiczki nie mają wówczas trudności ze zniesieniem jajek. Gdy zima jest wyjątkowo surowa, gdy jest bardzo mroźno, dostają marchew z jęczmieniem. Ale w łagodne zimy jedzą samą marchew. Po zimie, przed połączeniem w pary gołębie poddawane są kuracji przeciwko rzęsistkowi (żółty guzek).

Zwykle 10 dni przed parowaniem gołębie otrzymują lepszą karmę; taką z dodatkiem ziaren wysokobiałkowych. Ponadto zasilane są witaminami i odżywkami. Podaje się im m.in. Gerwit W do wody, oraz – dwa razy w tygodniu – Naturalinę. Poza tym gołębie mają do dyspozycji grity i minerały. Jeżeli jest taka możliwość, to w gołębnikach włącza się światło, przedłużając w ten sposób dzień; do 20, czy 21. Wszystko to po to, żeby je pobudzić gołębie do aktywności.

Łączenie w pary

Jaki jest odpowiedni termin łączenia w pary, by na loty młódki nie były ani zbyt młode, ani zbyt dojrzałe? Chodzi zwłaszcza o to, by nie były zbyt zaawansowane w pierzeniu! Do niedawna zdecydowaną większość gołębi łączył on w pary w okresie między 10 i 15 marca. Czasem prowadził lęgi zimowe z połączeń w okolicy 15 grudnia. Zimą nie chował dużych ilości młódków. Zwykle nie więcej niż 20-30 sztuk. W tym roku było inaczej. Podstawą stada były młódki zimowe w ilości około 50 sztuk odchowane z gołębi rozpłodowych. 

Tydzień przed parowaniem hodowca otwiera samcom cele; po to, by je objęły i uspokoiły się. W inne lata otwierał tylko na dwa dni wcześniej. Były potyczki, boje i bitwy. Samce miały zbyt mało czasu na to, by opanować cele i przyjąć partnerki. Obecnie, po tygodniu, po tych utarczkach są już uspokojone. Teraz jest czas na drożdże piwne, witaminy, m.in. witaminę E do wody i na lepszą karmę na pobudzenie. W tym stanie łatwo „idą w pary”. Tokarczyk łączy gołębie w pary w celach. Zaczyna dopiero popołudniu. Wypraktykował to przez lata. Uważa, że idzie to łatwiej. Do wieczora partnerzy zdołają się tylko zetknąć i ledwo się poznać. I o to właśnie chodzi. Nie znudzą się sobą, z nastaniem dnia są już spokojniejsze, lepiej się zachowują i łatwiej się łączą. W gołębniku gołębie mają grity, kołacze, mieszanki mineralne, jednym słowem – wszystko.

Po złożeniu jajek przez kolejne dwa tygodnie gołębie dostają „dietę”. Jest to jedna z firmowych mieszanek dietetycznych. W trakcie wysiadywania jajek, ale jeszcze przed kluciem się piskląt Tokarczyk przeprowadza gołębiom trzydniową kurację na rzęsistka. Chodzi o to, żeby rodzice byli wolni od tego pasożyta, by później nie przenosiły go na pisklęta. Kuracja trwa wprawdzie krótko, ale podaje się większe dawki Ronidazolu niż zazwyczaj. Kończy się ją jeszcze przed pojawieniem się piskląt w gniazdach. Tuż przed kluciem się piskląt do mieszanki dietetycznej Tokarczyk dosypuje prosa i płatków owsianych. Do wody dodaje elektrolitu, czasem glukozę lub miód pszczeli.

Gdy w gniazdach pojawiają się pisklęta, rodzicom, wraz z karmą, hodowca podaje granulat wysokobiałkowy. Jest to idealny, łatwo przyswajalny dla nich pokarm. Grubszą karmę zaczyna się podawać gdzieś po tygodniu, gdy rodzice kończą karmić pisklęta papką i zaczynają ziarnem. Oprócz tego w okresie intensywnego karmienia piskląt dorosłe gołębie mają w gołębniku cztery rodzaje gritów (z różnych firm), kołacze, również te z drożdżami piwnymi. Ponadto – granulat wysokobiałkowy. Hodowca podaje go, jako dodatek do karmy nawet w ilości do 40%. Młódki tak  żywionych rodziców doskonale się rozwijają. Kał jest prawidłowy, zwięzły.

W tym okresie gołębnik rozpłodowy czyści się dwa razy dziennie. Cele gniazdowe co najmniej raz dziennie. Kiedyś nie czyściło cel dopóty, dopóki w miskach były pisklęta. Jedno i drugie jest dobre. Tak czy inaczej – nie ma to większego znaczenia.

Jakie są warunki zdrowego chowu młódków? 

Zdrowy gołębnik to warunek podstawowy – uważa Tokarczyk. Co to znaczy zdrowy gołębnik? Wchodząc do zdrowego gołębnika czuje się świeże powietrze. W żadnym przypadku w gołębniku nie powinno wyczuwać się kwaśnego powietrza. W zdrowym gołębniku nie czuć gołębi! W gołębniku Tokarczyka, nawet gdy nie sprząta się przez tydzień, jest świeże powietrze. Nie czuć w nim gołębiami. Sprzyja temu doskonale funkcjonująca naturalna wentylacja. Tu gołębie dobrze się czują. Jest widno, od czasu do czasu zagląda do niego słońce; jest spokój, nie ma przeciągów. Wdowce leżą sobie w celach, lub układają się na podłodze, wygrzewając się w promiueniach słońca wpadającego do środka. Widać, że dobrze się czują. Podobnie jest u młódków. One wylegują się w słomie, są wyciszone. Świeże powietrze, spokój, cisza – to bardzo ważne.

Tokarczyk ma kilka gołębników. Część na dole przy ziemi; można powiedzieć, że to są gołębniki ogrodowe. Zbudowane są z drewna i okryte „Sidingiem”. Część, na piętrze w budynku murowanym. Ten na piętrze – lotowy, dla gołębi dorosłych – ostatnio został zmodernizowany. Obecnie spełnia wszystkie wymagania. Jest suchy, doświetlony, dobrze wentylowany.

Obydwa gołębniki mają zalety i wady. Jesienią lepszy jest gołębnik na piętrze. Jest cieplejszy i bardziej suchy. W gołębniku na dole, przy końcu września, gdy noce bywają już chłodne, trzeba czasem przymykać okna. Natomiast w trakcie letnich upałów lepszy jest gołębnik ogrodowy, bo u góry bywa zbyt ciepło. Przechodząc z gołębnika ogrodowego do murowanego na piętro, czuje się tam całkiem inny klimat. Widać to na higrometrze. Na dole, w ogrodowym wilgotność jest zawsze wyższa. To nie sprzyja formie gołębi. Różnice dochodzą nawet do 30%.

Mankamenty gołębników ogrodowych widać wyraźnie w trakcie długotrwałych deszczy. Podczas tygodniowego deszczu, w gołębniku ogrodowym na dole bywało znacznie bardziej wilgotno niż u góry. U góry na betonowych posadzkach także czuło się wilgoć, aczkolwiek nie w tym stopniu, jak na dole. Posadzka matowiała. Mieszanka mineralna w karmnikach chłonęła wilgoć, ciemniała i stawała się jakby bardziej czerwona. Obecnie – po przebudowie – w gołębnikach na piętrze są deski. Klimat jest znacznie lepszy.

Selekcja

Obiegowa opinia głosi, iż selekcję należy zaczynać jak najwcześniej; najlepiej już „od jajka”? Oznacza to m.in. to, iż należy usuwać z gniazda jajka niekształtne, jajka o miękkich, chropowatych skorupkach, itp. Tokarczyk jednak rozpoczyna selekcję dopiero od piskląt w miskach. W pierwszej kolejności usuwa te, które urodziły się ułomne, z widocznymi fizycznymi wadami. Usuwa też te, które nie są zdrowe, źle się rozwijają, wolno rosną; oraz te, które ciągle piszczą, nie chcą siedzieć w misce i chodzą po celi.

Jakiego rodzaju wady fizyczne Tokarczyk ma na myśli? Na przykład w kiedyś urodziły się dwa pisklaki, z których każdy miał po jednej nóżce wykrzywionej w bok. Zwykle takie usuwa. Tym razem postanowił – dla próby – jednego zostawić. Gdy wyszedł z gniazda początkowo utykał. Noga „uciekała” mu w bok. Później, w miarę chodzenia, wyprostowała się. Po miesiącu samodzielności przestał utykać. Poruszał się zupełnie normalnie. Był lotowany. O dziwo, był dość szybki. Zdobył komplet konkursów: 6/6! Obecnie kryteria selekcji są w tej hodowli ostrzejsze. Gdy urodzi się taki młódek, jest usuwany.

Gdy pisklęta w gnieździe mają rozwolnienie, a nie trwa ono długo, po kilku dniach przechodzi, hodowca nie zwraca się na to uwagi. Chyba, że pisklak przy tym rozwolnieniu stale chudnie. Takiego się usuwa. Tokarczyk uważa jednak, że powodem zaburzeń trawiennych u piskląt są rodzice. Oni nie są w pełni zdrowi i karmiąc zakażają potomstwo. Gdy jednak nadejdzie czas odseparowania od rodziców, młódek musi być w pełni zdrów; jego kał powinien być zwięzły.

Na inne nieprawidłowości, wady w rozwoju upierzenia, np.: późno rozwijające się chorągiewki lotek, czy sterówki ogona Tokarczyk kiedyś nie zwracał uwagi, uznając, że jest to przejściowe. Niejednokrotnie do gołębnika lotowego przenosił takie młódki z nie w pełni rozwiniętymi lotkami. Ktoś pomyślałby: przecież on nie będzie w ogóle latał. W niedługim czasie, wszystkie lotki się rozwinęły. Dziś także w takim przypadku nie wykazuje takiej tolerancji. Taki młódek jest usuwany.

A jeśli młódek odseparowany od rodziców przez dłuższy czas jest mało pojętny, niesamodzielny, nie potrafi nauczyć się jeść i pić? Bywają takie młódki, ale Tokarczyk do niedawna uważał, że tego rodzaju zachowanie gołębi w okresie wczesnej młodości o niczym jeszcze nie świadczy. One po prostu nieco wolniej dojrzewają, potem wyrosną na dobre lotniki. To są dzieci. Jedne dojrzeją wcześniej, inne później. Dziś – również w takim przypadku – hodowca nie wykazuje takiej tolerancji. Taki młódek jest usuwany.

Zasadniczej selekcji Tokarczyk dokonuje dopiero wtedy, gdy obiera młódki rodzicom i przenosi je do osobnego gołębnika.  Ale później także usuwa się niektóre młódki. Wprawdzie niektóre młódki są wcześniej na dachu, inne później, ale gdy wszystkie powinny już latać, to dla tych bojaźliwych nie ma litości. Najważniejsza u młódków jest – zdaniem Mistrza – odwaga i ochota do latania. Tokarczyk nie toleruje gołębi, które są bojaźliwe, nie lubią wychodzić z gołębnika, chowają się po kątach, a gdy już znajdą się w powietrzu, to zrobią dwa koła wokół gołębnika, poczym siadają i pospiesznie uciekają do środka. Takiego, który nie chce wyjść z gołębnika, unika pola, boi się być w powietrzu – usuwa się. One boją się latać, a to u gołębia pocztowego jest nienaturalne i nie do przyjęcia. One nie potrafią podporządkować się prawom stada. Takie usuwa się bez litości. W momencie zaatakowania stada przez jastrzębia, taki młódek jest jego pierwszą ofiarą. A jeśli nawet go nie złapie, to nigdy nie będzie on dobrym lotnikiem. Sprawdziło się to niejednokrotnie. A zatem dla Tokarczyka w tym pierwszym okresie najistotniejsze jest zachowanie się młódka przy pierwszych oblotach.

A jeśli w tym okresie gołąbek zachoruje? Są różne zachwiania zdrowia u młódków, mogą one być spowodowane np. stresem, zmianą karmy, lekkimi zatruciami... Kiedyś Tokarczyk starał się go leczyć. Dziś w tej hodowli nie leczy się indywidualnych gołębi. Usuwa się je. Leczy się gołębie tylko wtedy, gdy niedomaga całe stado lub poważna jego część.

Samodzielne życie

Czy młódki po odchowaniu powinno się separować (odsadzać) od rodziców, czy też powinny one uczyć się samodzielności po ich pieczą? Tokarczyk jest zdania, że dobrze jest odsadzać je od rodziców; i to wtedy, gdy są jeszcze stosunkowo młode, najlepiej już w wieku 18-19 dni. To, czy pod skrzydełkami jest już „wymoszczenie” z piórek, lub to, czy ogonki są w pełni wyrośnięte, dla Tokarczyka nie ma znaczenia. On nie zwraca na to uwagi.  Wystarczy, że ogonki wyrosły do połowy. Decyduje wyłącznie wiek.

Dlaczego tak wcześnie? Tokarczykowi zależy na tym, żeby się do niego przywiązały. Im wcześniej się nimi zajmie, tym są bardziej ze sobą zżyci. Gdy wchodzi do gołębnika, one mają na niego czekać. „Wchodzi tato”, jest dobrze. Na chwilę nieruchomieją. Zbliżają się. Podchodzą. Są ufne.

Gdy są małe, hodowca zanurza im dzioby do pojnika. Pukając palem na ziarna w karmniku, uczy je jeść. Gdy już same jedzą, podaje im z ręki orzeszki. Szybko w nich zasmakują. Przepychają się jeden przed drugim, by sięgnąć mu do ręki. Mają do niego zaufanie, łączą ich silne więzi. Kiedyś, gdy odstawiał je jako starsze, doroślejsze, były już nieufne. Potrafiły już fruwać. Często bywało tak, że młódek wpuszczony do gołębnika od razu frunął do góry na siodełko; patrzy na hodowcę, boi się, zastanawia się, kim on jest. Gdyby otworzyć okno, jako pierwszy uderzyłby w nie, by uciec. Tokarczyk chce je mieć dla siebie. Chce być dla nich ojcem. Dlatego odstawia je jako niemowlęta, by jeszcze przez dwa tygodnie przed pierwszym oblotem pod jego ręką dorastały. One sobie siedzą, a on chodzi między nimi. Skubią go po nogawkach u spodni. Zależy mu na tym, by się do niego przywiązały.

Jak powinno być w gołębniku młódków?

Tokarczyk uważa, że młódki przede wszystkim powinny mieć w gołębniku spokój. Nie powinny być niepokojone i przepędzane przez inne gołębie. Są wtedy zestresowane, boją się, nie czuja się dobrze. W gołębniku młódków musi być zdrowe powietrze, światło słoneczne, wentylacja. Nie powinno być w nim przepełnienia. Tego, ile przestrzeni musi mieć gołębnik dla młódków w stosunku do normy zasiedlenia, Tokarczyk nigdy nie przelicza. Zawsze wyczuwa to wizualnie, wie, kiedy jest ich za dużo.

W gołębniku jest znacznie więcej siodełek niż młódków. Taka jest zasada. Własne siodełko to dla młódka w tym okresie najważniejsze. Tokarczyk nie preferuje siodełek indywidualnych. Woli regały. W nich młódki mogą się schować, przykucnąć, czują się pewniej, bezpieczniej, są też lepsze do spania.

Jak najlepiej trzymać młódki; na słomie, na piasku, czy na rusztach? A może na drewnianej lub betonowej podłodze? Tokarczyk na podłodze preferuje słomę. Uważa, że jest to podłoże naturalne i zdrowe. Kiedyś wymieniał ją dwu-, trzykrotnie w roku. Po zimie, w kwietniu na nową. Po raz drugi – w połowie czerwca; czasem nawet dopiero we wrześniu. Żeby nie wymieniać słomy zbyt często, kładzie jej jednorazowo dość dużo. Obecnie młódki także odstawia na podłogę wyściełaną słomą, ale potem, gdy młódki wyfruną na siodełka, słoma jest usuwana i młódki chodzą po podłodze z desek, z której nie sprząta się kału. Nie ma też karmników. Młódki jedzą z podłogi. Mimo to gołębie były zdrowe, nie chorowały. Podobno ten sposób chowu wzmacnia ich odporność na różnego rodzaju zachorowania.

A gdy będzie mokry rok, czy na podłodze nie będzie mazi? To niczemu nie przeszkadza, bo na podłodze jest warstwa suchego kału, który wchłania wilgoć z powietrza. Ale gołębnik musi mieć dobrą wentylację! 

A co z wydalinami w celach? Są głównie pod siodełkami. Żeby ulżyć sobie w pracy i nie czyścić codziennie cel, młódki chowane w gołębniku lotowym już w wieku 14-15 dni ściągane są z cel na podłogę. Na podłodze szybko zżywają ze stadem. Stają się śmiałe. Są zupełnie inne niż te chowane długo w celach. Te w celach „mają się zbyt dobrze”, mają zaspokojone wszystkie potrzeby: mają spokój, rodzice dbają o ich bezpieczeństwo, karmią je. Nie mają potrzeby nawet wyjrzeć na zewnątrz; chyba że z ciekawości. Gdy takiemu otworzyć celę i popatrzyć na niego – on jest w szoku. A nie daj Boże wziąć go do ręki. Ucieka, broni się, uderza skrzydełkami. To nie podoba się gospodarzowi, dlatego wyjmuje je wcześniej z cel, bo nie lubi płochliwych i dzikich gołębi. Stawia je wszystkie na podłogę. Chodzą sobie tu i tam. Potem gromadzą się w grupki po kątach. Zżywają się ze sobą, widzą hodowcę co dzień. On od czasu do czasu bierze je delikatnie do ręki. Widząc jak starsze jedzą, powoli i one zabierają się za karmę, próbują brać ziarna do dzioba. Szybko odnajdują pojnik i same zaspakajają pragnienie. Tak uczą się samodzielności i współżycia ze stadem. W gołębniku rozpłodowym nie ma na to warunków, ponieważ tam samce często są przełączane.

W jaki sposób uczyć je pić? Gdy któryś mruży oczka, to znak, że jest spragniony. Wtedy trzeba zanurzyć mu dziób w okienko pojnika. Wkrótce to skojarzy i sam będzie pić.

Jak uczyć je jeść? Gdy są jeszcze na podłodze w gołębniku lotowym, sypie się im drobną karmę w miejsce, w kącik, gdzie najczęściej siedzą. Widząc, jak dorosłe jedzą, one też próbują brać ziarna do dziobków. Później, gdy są już w osobnym gołębniku na słomie, to drobną karmę sypie się do niskiego karmnika; woła się je, palcem pokazując ziarna. Puka się w nie miarowo; one to naśladują i robią to samo. Tak było jeszcze niedawno. Obecnie Tokarczyk Teraz już nie uczy ich życia. Te nieporadne, opóźnione w rozwoju – usuwa. Usuwa też takie, które po odstawieniu od rodziców nadmiernie chudną, tracą na wadze, „nikną w oczach”, tracą mocno na wadze. To – jego zdaniem – słaba psychika, słabość genetyczna.

Kiedy otworzyć młódkom wylot, by mogły wyjść na zewnątrz?

Młódki wiosenne. Tokarczyk otwiera im wylot wtedy, gdy widzi, że wyraźnie zaczynają się interesować tym, co dzieje się na zewnątrz, a po gołębniku poruszają się swobodnie, dobrze fruwają, łatwo wzlatują na siodełka. Wypuszcza je rano po oblocie gołębi dorosłych, około 10-tej; oczywiście tylko wtedy, gdy jest dobra pogoda. Dorosłe mogłyby je zbałamucić i wyprowadzić daleko od gołębnika. Przed wypuszczeniem młódki są karmione. Są na zewnątrz do około 14-15 popołudniu. O tym czasie hodowca idzie do nich, woła je: chodź, chodź, chodź. Na ten sygnał one wchodzą. Czasem któryś nie wejdzie; trudno – wtedy zostaje z gołębiami starymi. Ale to zdarza się sporadycznie. Tak – wolno, bez dyscypliny młódki latają gdzieś do połowy maja.

Po kilku tygodniach do gołębnika wprowadza się drugi lęg młódków. Starsze są już wtedy dobrze oblatane. Żeby nie zakłócić ustanowionego porządku postępowania z młódkami lęgu pierwszego, zwłaszcza w kwestii oblotów, te młodsze młódki z II lęgu Tokarczyk daje na słomę do drugiego przedziału. Oddzielają je przesuwne drzwi. Tam jest niezależny otwór wlotowo-wylotowy. Tam młódki są dwa, trzy tygodnie, stamtąd wychodzą na zewnątrz, stamtąd się oblatują. Potem znów rozsuwa się drzwi między przedziałami. Młódki się łączą i traktuje się je tak samo. Inaczej byłby bałagan.

Młódki zimowe. Młódki zimowe były dotąd oblatywane jeszcze w lutym. Teraz z młódkami zimowymi Tokarczyk postępuje inaczej. W tym roku gołębnik młódków zimowych nie był zaciemniany. Wręcz przeciwnie – był doświetlany  (do godziny 22) po to, żeby młódki jak najwcześniej się spierzyły. Wkrótce po odstawieniu zaczęły wymieniać lotki i dobre pierze. To jest korzystne, ponieważ do rozpoczęcia lotów spierzyły się całkowicie. Młódki zimowe przetrzymuje się w gołębniku od stycznia, a wyloty otwiera dopiero w kwietniu. Wtedy mają już 4-5 miesięcy. Wprawdzie one odlatują, ale zlatują się w ciągu dwóch dni. Straty są minimalne; kilka sztuk. Tokarczyk twierdzi, że na pewno są mniejsze, niż gdyby latały od stycznia.


Fot. 8. Niektóre gołębie są wyjątkowo śmiałe.

Karmienie

Przez pierwsze dwa tygodnie po przeniesieniu do osobnego gołębnika, młódki dostają drobną karmę. Nie ma w niej ani kukurydzy, ani grochów. To są dla nich zbyt duże ziarna. One się uczą jeść. W mieszance jest pszenica, proso, kardi. Jęczmienia nie dostają. Po około dwóch kolejnych tygodniach samodzielnego jedzenia, hodowca zaczyna podawać im mieszankę wysokobiałkową. Jest w niej sporo nasion roślin strączkowych. Zdaniem Tokarczyka, młódki w tym okresie powinny dobrze się rozwijać, mają być rozrośnięte, duże, silne; nawet w jakimś tam stopniu utuczone. To im nie zaszkodzi. Gdy już na dobre latają w powietrzu, gdzieś po miesiącu, zmniejsza się ilość białka w karmie.

Jak z dyscypliną karmienia? Czy od razu przyucza się młódki do karmienia o określonych porach, czy też karma ciągle leży w karmniku? Tokarczyk nie wprowadza dyscypliny karmienia od razu, ale od samego początku uczy je tego, by – gdy je woła, sypiąc karmę do karmnika: chodź, chodź, chodź! – słuchały go i posłusznie szły do niego. One mają kojarzyć, że gdy pan je woła, to mają go słuchać, że wtedy trzeba iść do karmnika. Tego, co nie zjedzą, hodowca nie zabiera; mają więc ciągle pokarm w karmniku, bo mają nauczyć się samodzielnie jeść. Potem stopniowo zmniejsza się im racje. Tokarczyk karmi młódki dwa razy dziennie; zawsze po oblocie.

Co piją młódki u Tokarczyka? Wodę z dodatkami. Używa się tu sporo „Naturaliny”[1] i wyciągu z korzenia „Jeżówki purpurowej, wąskolistnej” (Echinacea)[2]. To dwa podstawowe specyfiki, które dodaje się do wody do picia. Podawanie jeżówki nie wywołuje żadnych niepożądanych skutków ubocznych.  Jest to lek pochodzenia roślinnego stymulujący układ odpornościowy organizmu. Zwiększa odporność na infekcje bakteryjne i wirusowe. Wpływa pozytywnie na system obronny organizmu; również u gołębi. Działa zapobiegawczo i pomocniczo w leczeniu ostrych i przewlekłych schorzeń bakteryjnych i wirusowych takich jak: infekcje kataralne, przeziębienia, stany grypowe, stany zapalne oskrzeli, gardła, jamy ustnej i dziąseł. Stosuje się go w przypadku nawracających schorzeń górnych dróg oddechowych, w stanach osłabienia i wyczerpania organizmu. Można go nabyć w każdej aptece.

Octu jabłkowego w roli środka zakwaszającego wodę zalecanego do zapobiegania rzęsistkowicy (żółty guzek) u Tokarczyków niewiele się stosuje. Tokarczyk był kiedyś gorącym jego zwolennikiem. Podawał go praktycznie codziennie. Teraz rzadko. Zauważył mianowicie, że część gołębi pijąc codziennie wodę zakwaszoną octem, dostaje biegunki. W gołębniku było czuć kwaśno. Rewelacyjne wprost efekty zdrowotne – zdaniem Tokarczyka – można uzyskać przez podawanie młódkom do picia odwarów z kory wierzby[3], dębu, pokrzywy, skrzypu. Działają one leczniczo i stabilizująco na przewód pokarmowy, dzięki czemu gołębie mają „idealny” kał. W tym roku Tokarczyk stosował ponadto środki firmy Röhnfried – Avidress plus, Usnea Gano, Ropa B, Sedachol, Vinput, Gervit W.


Fot. 9. Gołębie są obłaskawione do tego stopnia, ze przychodzą do hodowcy do ręki..

Grity, minerały?  Oczywiście. Młódki mają stały dostęp do mieszanki kilku rodzajów gritu. Najbardziej lubią Multimix. Oprócz tego mają do dziobania kołacze. Zielonek Tokarczyk młódkom nie podaje. Ma z nimi złe doświadczenia. Kiedyś podtruł gołębie sałatą. Od tego czasu jej nie podaje. Nie podaje również marchewki i jarzyn w granulacie. 

Witaminy i dodatki wzmacniające? Dotąd najczęściej w tej hodowli podawano gołębiom produkty firmy Elite; m.in. elektrolit, Dynamix[4], glinkę krzemową i probiotyki na karmę. Probiotyki – jako że bazują na naturalnych surowcach – cieszą się tu szczególnym wzięciem. Wejdą na stałe do menu w tej hodowli. Od czasu do czasu podaje się tu gołębiom na karmę – własnej roboty mikstury czosnkowe.

Tokarczyk przestrzega młodych i niedoświadczonych hodowców przed nadmiernym stosowaniem wszelkiego rodzaju dodatków do karmy, zarówno tych pochodzenia naturalnego, jak i tych syntetycznych. Jego zdaniem wszystkie one mogą być korzystne dla zdrowia gołębi, ale tylko wtedy, gdy są stosowane z umiarem, bez przesady.

Obloty

Najpierw młódki muszą się nauczyć latać wokół gołębnika. Zaczynają latać pojedynczo w zakolach, oddalając się zaledwie po kilkanaście metrów od gołębnika. Potem stopniowo łączą się w grupki i zataczają coraz większe koła wokół gołębnika. Mniej więcej po dwóch tygodniach młódki potrafią już samodzielnie latać, łączą się w powietrzu w grupki. Wreszcie łączą się w stadka liczące po kilkanaście sztuk, wzbijają się coraz wyżej i odlatują coraz dalej od gołębnika. Potem już regularnie, gromadnie hasają.

Od kiedy zaprowadza się u młódków dyscyplinę w oblotach?  Trudno na samym początku wymuszać na nich jakąś twardą dyscyplinę – uważa mistrz. Do miesiąca mają luz, wolny czas. Potem, gdy już dobrze latają, na oblot wypuszcza się je około 10-11; ale zawsze „na głodnego” (na czczo). Nie karmi się ich z samego rana, ponieważ gdy są syte lubią odlatywać zbyt daleko. Stara się o to, by wszystkie wyszły na zewnątrz i latały; chyba że są jeszcze zbyt młode, np. te z II lęgu. Zwykle po wejściu do gołębnika Tokarczyk otwiera okno, młódki same wyskakują i „idą w powietrze”.

Te które nie chcą latać i od razu siadają, sygnalizują, że jest z nimi coś nie tak. Nie są w kondycji. Może coś ze zdrowiem? Te, które tak zachowują się codziennie są usuwane. Kiedyś te, które nie chciały wyjść, a powinny, bo ich rówieśnicy już latały – po prostu wyganiał. Zamykał za nimi okno. Jeśli jakiś nie chciał latać, brał do ręki piłkę, którą się dzieci bawią i zaczynał „ćwiczyć” takiego strachliwego delikwenta. Zmuszał go do tego, żeby się ruszył i poszedł w powietrze; żeby zrobił wokół gołębnika choć jedno kółko. Teraz już się z nimi tak „nie bawi” się. Takie usuwa. Usuwa wszystkie, które są bojaźliwe.

Po oblocie

W czasie, gdy gołębie latają, hodowca sypie na podłogę karmę. Gdy gołębie usiądą, w ciągu kilkunastu sekund wszystkie są w gołębniku. Jedzą wszystkie razem, równo. Po karmieniu hodowca chwilę siądzie na stołeczku i trochę się z nimi pobawi. Nie musi ich gonić, łapać. Woła je, zawsze tak samo: chodź, chodź, i one przychodzą. Tym najśmielszym podaje do dziobków po orzeszku. Jakiegoś weźmie do ręki, zajrzy do dzioba, spojrzy na oczko, oglądnie skrzydło. Nie puszcza go potem, tak ot sobie na gołębnik, tylko, albo stawia go tam, skąd go wziął, lub na kolano, żeby wiedział, że tu może siedzieć, że nic złego mu się tu nie stanie. Bierze je też do ręki z siodełka. Najczęściej w ten sposób się z nimi bawi po wieczornym karmieniu, gdy siedzą na siodełkach. Podchodzi do nich, podaje orzeszka i bierze go do ręki. Potem stawia z powrotem na jego miejsce.


Fot.10. Tak wygląda skrzydło młódka zimowego w trakcie lotów w miesiącu sierpniu..

Młódki wróciły z oblotu, zjadły śniadanie, usiadły na siodełka. Siedzą w zamkniętym gołębniku do godziny 16-17, zależnie od pogody. Potem mają drugi oblot; i znów po oblocie są wołane, a następnie karmione. W czerwcu i w lipcu młódki latają z reguły tylko raz dziennie, ponieważ jest sporo pracy z gołębiami dorosłymi, które lotują; trzeba im organizować obloty. Dwukrotnie w ciągu dnia młódki latają zwykle w soboty i w niedziele; bo wtedy jest więcej czasu. W soboty koledzy koszują gołębie dorosłe, a w niedzielę rano ptaki dorosłe są jeszcze na trasie. W tym okresie Tokarczyk nie poświęca młódkom zbyt wiele czasu, bo w zasadzie nie jest to też konieczne. Dopiero na dwa, trzy tygodnie przed rozpoczęciem lotów bierze się za nie solidnie. Zaczyna się taka „ostra jazda”. Zwykle dwa, trzy razy w tygodniu wywożone są na treningi. W pozostałe dni mają obloty dwukrotnie w ciągu dnia.

Jak karmić młódki, bogato czy ubogo?

Panuje opinia, że młódki zbyt obficie i bogato karmione – mieszankami z dużą ilością ziaren wysokobiałkowych: peluszki, grochów, wyki, bobiku – są zbyt witalne, szaleją i mają skłonności do odlatywania w nieznane i giną. Tokarczyk to potwierdza. Zgadza się z tym; i dodaje od siebie, iż zwłaszcza wtedy, gdy w mieszance jest sporo kukurydzy. Sprawdził to! Dlaczego kukurydza, a nie nasiona wysokobiałkowe? Zdaniem Tokarczyka kukurydza jest bardziej energetyczna. Po niej gołębie są zdecydowanie mocniejsze. Kukurydza ma mieć przy tym inną zaletę; gołębie nią karmione nie zatłuszczają się. Ale z kolei zbyt ubogie i skąpe karmienie też nie jest dobre, bo młode organizmy będące jeszcze w rozwoju, nie powinny być niedożywione. Dlatego przez pierwszy miesiąc Tokarczyk karmi młódki do syta. Dopuszcza nawet do tego, żeby były tłuste. To im nie zaszkodzi, a daje pewność, że nie mają niedoborów pokarmowych.

Karmienie młódków w trakcie lotów

Czym karmione są młódki w trakcie lotów? Czy w poszczególnych dniach tygodnia różnicuje się karmę młódkom? Podstawową mieszanką była dotąd u Tokarczyka kompozycja mieszanek lotowych kilku firm; zwykle trzech. Tą mieszanką karmione były młódki przez większość dni w tygodniu; od poniedziałku do czwartku. Do niej – w różnych proporcjach, w pozostałe dni tygodnia – dodawał albo dietę, albo superdietę, albo kukurydzę, czy też drobne nasiona dla ptaków śpiewających. Obecnie młódki, a także gołębie dorosłe karmione są mieszankami firmy „Mrowca”. Są one doskonałej jakości. W ofercie firma ma mieszanki o najrozmaitszym składzie, dla gołębi dorosłych i dla młódków, do rozrodu, na loty, na okres pierzenia i na zimę.


Fot. 11. Młódki przychodzą do ręki po orzeszki.

W czwartek i w piątek młódki karmione są do syta. W piątek – dla wzmocnienia – do mieszanki podstawowej Tokarczyk dosypuje kukurydzę. W dniu koszowania, w sobotę rano młódki dostają lżejszą karmę, by zbytnio nie obciążać ich układu trawiennego i by nie wywołać pragnienia w czasie transportu. Jest to zwykle kompozycja, w skład której wchodzi około 35% mieszanki lotowej + superdieta + drobne nasiona. Jedzą niewiele, ponieważ w ciągu tygodnia miały pod dostatkiem karmy bogatej. Po locie młódki dostają dietę lub superdietę, ponieważ są zwykle zmęczone i osłabione. Ciężki pokarm mógłby je tym bardziej obciążyć. Czasem, zwłaszcza po lekkim locie otrzymują  mieszankę 50/50; tzn. dietę + mieszankę lotową po połowie. W trakcie tygodnia młódki dostają jeść do syta; choć tak w sam raz, ponieważ w karmiku nigdy nic nie zostaje. Karmione są zawsze po oblocie. W tym roku bezpośrednio po powrocie nie podawano im pokarmu do czasu, aż odsapnęły i odprężyły się.

Błądzenie młódków? 

Dlaczego odlatują? Dlaczego giną przy domu? Tokarczyk ma w tej kwestii własną hipotezę. Co roku sprowadza gołębie z różnych hodowli. Pochodzą one z różnych rejonów kraju, a także z zagranicy. Uważa, że to tzw. błądzenie młódków jest związane z poszukiwaniem przez nie swoich „genetycznych korzeni”. Dopiero te, które się zaaklimatyzują, wydadzą potomstwo bardziej przywiązane do gołębnika.

Ale młódki błądzą, odlatują i giną również wtedy, gdy w gołębniku jest ciasno, gdy ich jest zbyt dużo, gdy nie mają własnych siodełek, lub gdy są przepędzane przez gołębie dorosłe. Może przeszkadzać im też hałas, drapieżniki (kuny, koty), a także obecność jastrzębi. One źle się wtedy czują, są nieszczęśliwe i dlatego szukają innego domu. Niektóre, z tych starszych odlatują też dlatego, ponieważ „nie podoba im się” częste wywożenie na treningi.

Niewykluczone jest również to, że błądzenie jest naturalną cechą genetyczną ujawniającą się od czasu do czasu w jakimś osobniku po to, by taki zbłąkany osobnik „odświeżał krew” w jakiejś innej, odległej zamkniętej enklawie, gdzie po pewnym czasie wszystkie osobniki są ze sobą spokrewnione. W ten sposób – być może – natura sama broni się przed degeneracją.

Młódki są towarzyskie. Często w trakcie oblotów łączą się z innymi, obcymi w przypadkowe stadka! Dla tych najmłodszych, nie dość jeszcze obeznanych z okolicą, może to być niebezpieczne, ponieważ mogą oddalić się od gołębnika zbyt daleko i zanim się zorientują, na powrót jest już zbyt późno. Nie starcza dnia. A nocleg bywa niebezpieczny. Drapieżniki, amatorzy cudzej własności, łapacze. Często ze zmę­czenia siadają w odległych okolicach. Rankiem próbują odlecieć, ale nie pamiętają jeszcze drogi powrotnej do domu. I tak giną. Wcale do rzadkości nie należą przypadki, gdy w takich okolicznościach przepada hodowcy kilka lub nawet kilkanaście młódków, i to nie zawsze tych najmłodszych, lecz także tych już dobrze oblotach wokół gołębnika.

Czy można powiedzieć, że odlatują tylko te głupie, czy również te mądre młódki?  Niestety, nie. Giną też te wartościowe. Zwykle odlatują te najsil­niejsze! To młodzież. Świat stoi dla niej otworem. Doniesienia hodowców pokazują, że przybłąkane młódki wysyłane na loty (by skłonić je do powrotu do macierzystych gołębników) wracają uparcie do tych nowych domów, i to nierzadko w czasie konkursowym. Nieraz też okazało się, że z przybłąkanego młódka wyrósł bardzo dobry lotnik, czy gołąb rozpłodowy. Dlatego też nie jest dobre wypuszczanie młódków na obloty w dni lotów gołębi dorosłych. One mogą odprowadzać młódki daleko od domu. Odlatują za daleko i nie wracają!

A oto przykład, który pokazuje, jak niebezpieczne mogą być towarzyskie, powietrzne spotkania i towarzyszące im wędrówki. Koledzy Jesonek wiosną przywieźli do mnie na działkę swoje wdowce. To miał być trening. Mieszkają ode mnie około 50 km na wschód. Puszczali je z kosza przed bramą w odległości około 50 m od gołębnika. W tym czasie akurat moje młódki były w powietrzu i siadały z oblotu na dach. Nie zdążyłem krzyknąć, by chwilę zaczekali, żeby młódki zdołały siąść i wejść. Wdowce wystartowały, a moje trzy młódki dołączyły i poszły z nimi. Wśród nich jeden był bardzo młody; nie miał spierzonej ani jednej lotki. Nie wróciły na noc. Jeden wrócił za dwa dni w stanie wycieńczenia. Drugi wrócił za trzy dni, a trzeci – ten najmłodszy – nie wrócił w ogóle. Zależało mi na nim, bo był z moich szybkich gołębi. Kolega zadzwonił, że jest u niego. Poszedł z samcami i przeleciał sobie kilkadziesiąt kilometrów. Dwa tygodnie siedział tam na wolierze, ale nie wszedł. Uparty. Nie miałem czasu jechać po niego. Kiedyś kolega jadąc do Krakowa i przywiózł mi go. Wpuściłem go do gołębnika; był zadowolony. Potem nim lotowałem. Na sześć lotów zdobył 5 dobrych konkursów.

To dobry przykład ilustrujący to, o czym mówimy. W pewnych okolicznościach mogą więc ginąc nawet wartościowe młódki zabie­rane w powietrzu przez przelatujące gołębie. Mimo błądzenia w trakcie oblotów ginie tu zaledwie około 10% młódków.


Fot. 12. W niektórych przedziałach na podłodze są metalowe ruszty..

Kąpiel

Jak często kąpią się młódki? Zwykle raz w tygodniu; na zewnątrz na wolierze, przy okazji oblotu. Ale czasem Tokarczyk podaje młódkom kąpiel rano w dniu koszowania. Oczywiście tylko wtedy, gdy za­powiada się normalny lot w słoneczny dzień. Gdy dzień lotu zapowiada się deszczowy, to oczywiście kąpiel przenosi się na jakiś inny dzień w tygodniu. Wtedy kąpią się te, które wróciły niezmęczone. W najbliższą sobotę, przed koszowaniem kąpią się znów wszystkie. Wielu uważa, że kąpiel bezpośrednio przed koszowaniem nie jest dobra. Gołębie pozbywają się w ten spo­sób z upierzenia pudru i tłuszczu, przez co lot kosztuje je wię­cej wysiłku. Tokarczyk ma inne zdanie. Uważa, że młódki na lot powinny iść czyste. Powinny mieć czystą skórę. Wówczas lepiej oddychają. Są ożywione, w lepszej kondycji. Chodzi jedynie o to, żeby zdążyły wyschnąć do koszowania. W ubiegłym sezonie Tokarczyk pewnej niedzieli zaryzykował. W sobotę mocno padało, a on mimo to przed koszowaniem podał młódkom kąpiel. Podejrzewał bowiem, że w niedzielę będzie ładnie. Przed spakowaniem w kosze, młódki zdążyły jednak wyschnąć. Nie pomylił się. Na szczęście niedziela była słoneczna. Młódki poleciały dobrze.

Treningi – loty ćwiczebne

Czy nie wystarczą młódkom obloty wokół domu? Tokarczyk uważa, że to jednak coś innego. Inaczej się biegnie na stadionie na bieżni, a inaczej po leśnych ścieżkach.

W jakim wieku powinien być młódek, by można zacząć go trenować? Tokarczyk wywoził czasem takie, które nie miały wyrzuconego nawet jednego pióra, bo czas naglił i wkrótce miały się rozpocząć loty z kabiny. Tokarczyk uważa, że gdy młódek nie boi się być w powietrzu i co najmniej dwa tygodnie śmiało śmiga wokół domu, to można go bez obaw zacząć trenować.

Na jaką odległość można go wywieźć pierwszy raz? Te najmłodsze, które nie spierzyły lotki wywozi się za pierwszym razem na odległości 2-3 km. Potem 8, i dalej, dalej. Przygotowując młódki do wywózki wkłada się je do koszy według wieku. Wywożąc młódki na poranne treningi, Tokarczyk wkłada je do koszy zawsze wieczorem po popołudniowym oblocie, jakiś czas po karmieniu. Robi to spokojnie, bez pośpiechu. Uważa, że są to młode gołębie i nie powinno się ich stresować. W nocy, w koszach całkiem uspokoją się. Te najmłodsze wypuszcza się jako pierwsze, z najmniejszej odległości. Potem nieco starsze, z większej odległości. Te najstarsze jadą najdalej. Po kilku takich przedbiegach łączy się wszystkie razem.

Czy wypuszcza się je razem, czy osobno, pojedynczo? Te najmłodsze wypuszcza się razem. Starsze, początkowo też razem, ale potem raczej pojedynczo. Czasem grupkami; po dwa, po trzy, po pięć, w zależności od czasu jakim dysponuje hodowca. Niektórzy radzą, żeby młódkom dać – w roli przewodników – kilka starych samic. Tokarczyk tego nie robi, ponieważ uważa, że jest to zbędne. Młódki muszą się wyhasać. Nie raz się o tym przekonał. Niejednokrotnie stadko młódków wróciło z treningu z przeciwnego kierunku, przeleciało nad gołębnikiem i poleciało dalej. To nie dlatego, że one błądzą, nie mogąc znaleźć drogi, ale dlatego, że chcą się wylatać. Jak to młodzież. Pamiętamy to wszyscy.

Co jest lepsze; indywidualne treningi, czy grupowe? Tokarczyk uzależnia to od rodzaju trenowanych gołębi. W przyszłym roku zamierza wprowadzić nowy sposób postępowania z młódkami. Chce testować tylko te młódki, w stosunku do których będzie miał jakieś wątpliwości, co do ich wartości. Młódki niepewne, z nowych połączeń, będzie wypuszczał pojedynczo; i to ze wszystkich kierunków, m.in. po to, żeby dobrze poznały okolicę. Te wywodzące się z szybkich gołębi, w miarę sprawdzone, pewne, oznakuje i nie będzie ich w ogóle trenował. Nie będzie ich wystawiał na próbę, nie będzie ich narażał na niebezpieczeństwa. Każdy lot jest zawsze dla gołębia pewnym ryzykiem. Może złapać go jastrząb, może uderzyć w przewody elektryczne, lub w jakąś inną przeszkodę. Wskazują na to uszkodzenia gołębi wracających z lotu; czy to złamane nóżki, uszkodzony mostem, czy to przetrącone skrzydło. Pozostałe będą wywożone na odległości w granicach od 30 do 50 km i wypuszczane razem, w stadzie. W tym roku młódki początkowo były wypuszczane razem, potem w grupach; co 5-10 minut.


Fot. 13. Sufitu są otwarte, osiatkowane, co sprzyja dobrej wentylacji.

Czy po przybyciu na miejsce startu czeka się, by się uspokoiły, czy puszcza się je od razu? Z małych odległości w stadzie puszcza się je od razu. Z większych – gdy wypuszczane są je po jednym, po dwa – zwykle stoi się na miejscu nawet do godziny; zanim wylecą ostatnie.

Jak często są wywożone przed lotami z kabiny? Był taki rok, że w ogóle nie były wywożone, ponieważ nie było na to czasu. Ale w ubiegłym roku niektóre były chyba na 10 treningach. Były to młódki zimowe. Zamiast oblotów, co drugi, trzeci dzień przy różnych wyjazdach były wywożone na treningi.

Młódki można także trenować w trakcie tygodnia między lotami z kabiny, wywożąc je np. na mniejsze odległości rzędu 20-30 km. To ma sens. Wszyscy wybitni sportowcy trenują między zawodami. W tym roku trenowanie młódków rozpoczęto w czerwcu. Wywożono je raz w tygodniu na odległość około 40 km. W dni treningowe młódki mają tylko jeden oblot wokół domu.

Z jakich kierunków są wypuszczane? Tokarczyk „robi im burzę wiatrów”, czyli wypuszcza je ze wszystkich stron świata, ze wszystkich kierunków, i to bez względu na pogodę; oczywiście w rozsądnych granicach. Tak doradzał mu swego czasu pewien doświadczony hodowca. Tego się trzyma. Rzecz jasna, że nie wypuszcza młódków w przypadkach totalnego załamania pogody; niżu, ciągłego deszczu, czy mgieł. Ale pogoda burzowa, nawet z wyładowaniami w oddali, nie jest zasadniczym przeciwwskazaniem do przeprowadzenia treningu. Młódki trzeba przygotować również na takie warunki. Ale potem już trenujemy z kierunku.

Jak daleko wywozi się młódki na loty ćwiczebne? Nie dalej, niż około 80 km.

Czy tego rodzaju treningi zmniejszają straty w późniejszych lotach z kabiny? Tokarczyk to potwierdza. Młódki wielokrotnie trenowane w tak różnorodnych warunkach – pojedynczo i grupowo, z różnych kierunków – lepiej dają sobie radę, zwłaszcza wtedy, gdy trafi się trudniejszy lot. Straty są minimalne.

Loty z kabiny

Kiedy rozpoczynać loty młódkami? Kiedy je kończyć? Początek sierpnia jest dobrym terminem na rozpoczęcie – uważa Tokarczyk. Ostatni lot powinien się odbyć jeszcze we wrześniu. Nie należy przeciągać lotów na październik. Generalnie, sierpień i wrzesień to dobre miesiące na loty młódków.

Jaki jest optymalny plan lotów dla młódków? Zdaniem Tokarczyka program lotowy Oddziału Trzebinia w roku 2011 był dobry. W tym 2011 roku dobry był sezon bo dopisała pogoda. Zorganizowano jeden lot próbny lot z odległości około 50 km i potem sześć lotów konkursowych. Ostatni z Poznania (ponad 300 km). Na koniec hodowcy mogli jeszcze uczestniczyć w locie dodatkowym, organizowanym przez kolegów z Radzionkowa z miejscowości Fürstenwelde z odległości około 455 km.


Fot. 14. Gołąb dalekodystansowy szczepu Theo de Jong; jeden z protoplastów rodziny gołębi dalekodystansowych u „Tokarczyków”; prezent od kolegi Krystiana Lasoty z Niemiec.

W jakim wieku musi być młódek, by nadawał się na loty z kabiny? Tokarczyk uważa, że powinien przynajmniej dwa tygodnie hasać w powietrzu ze stadem na oblotach wokół domu. Najważniejszy jest dla niego pierwszy lot. Za tydzień jest już starszy. Dojrzewa, nabiera doświadczeń. Te najmłodsze młódki Tokarczyk koszuje tylko na trzy pierwsze loty. Uważa, że powinny tylko zapoznać się z kabiną. To im wystarczy. Dalsze loty i narażanie ich na ewentualne przeciążenie są im zupełnie niepotrzebne. Wręcz przeciwnie. Może spowolnić ich rozwój. Przekonał się o tym między innymi w ubiegłym roku. Miał dwa młódki w jednym wieku; rodzeństwo. Jeden lotowany do końca, drugi po dwóch lotach został w wolierze na wypadek, gdyby tamten się zgubił. Ten w wolierze po miesiącu zrobił się taki solidny, wprost „byczek”; zrzucił pięć lotek, a ten lotowany po lotach był dopiero na drugim piórku, wyraźnie zmęczony. Loty kosztowały go sporo. Nie rozwinął się. Tokarczyk jest zdania, że tych najmłodszych młódków nie należy forsować. Dobrze jest włożyć je 2-3 razy po to, żeby znalazły się w kabinie i przeleciały się. Nic więcej. Bo a nuż trafi się trudniejszy lot, deszcz, wiatr, i taki młódek albo zginie lub wróci wycieńczony i już nigdy nie dojdzie do siebie.

Jakie są najlepsze młódki na loty? W jakim powinny być wieku? Czy lepsze są te wczesne, czy te późniejsze? Dla Tokarczyka nie ma to znaczenia. Tu lotuje się młódkami w pełni dojrzałymi z lęgów zimowych, młódkami wiosennymi z I i II lęgu.

Dlaczego należy lotować młódkami? Loty to z pewnością jest jakieś narzędzie selekcji – twierdzi Tokarczyk. Po lotach można o nich więcej powiedzieć. Można je już ocenić. Poza tym młódki uczestnicząc w lotach nabierają doświadczenia, stają się bardziej dojrzałe.

Do jakich odległości można lotować młódkami? Tokarczyk jest zdania, że można nimi „bezpiecznie” lotować do odległości około 400 km. To jest dystans, na który można je wysyłać bez obawy o przeciążenia; oczywiście przy dobrych warunkach atmosferycznych. Dalej raczej nie powinno się ich wysyłać, zwłaszcza tych młódków wywodzących się z szybkich szczepów, tych mało odpornych na stresy.

Jak często można je wysyłać na loty? Tokarczyk uważa, że przy dobrych warunkach atmosferycznych młódki mogą odbyć nawet dwa loty w tygodniu; co 3-4 dni.

Czy można sobie pozwolić na pominięcie jakiegoś lotu, np. w sytuacji, gdy ze względu na niesprzyjające warunki atmosferyczne spodziewamy się trudnego lotu i nie koszujemy gołębi? Po locie ze 100 km, za dwa tygodnie koszujemy na lot z odległości 200. Czy ma to jakieś znacznie, czy nie jest utrudnienie dla młódków, czy nie jest to ryzykowne? Zdaniem Tokarczyka, przy dobrej pogodzie nie ma to większego znaczenia. Można opuścić jeden lot. Najlepiej jednak lotować młódkami lot w lot, bez przerw.

Jak należy obchodzić się z młódkami, żeby nie bały się hodowcy, żeby nie ociągały się z wchodzeniem do gołębnika po powrocie z lotu? Trzeba je od samego początku obłaskawić, przyuczyć je do bezpośredniego kontaktu, twierdzi Tokarczyk. Opisał to wcześniej, mówiąc o pielęgnacji młódków odstawianych od rodziców. Poza tym należy je trzymać krótko z karmą, ale nie głodzić ich.

Wprawdzie obecnie konstatuje on gołębie elektronicznie, ale Tokarczyk twierdzi, że gdyby nie miał zegara elektronicznego, to odbijałby młódki wracające z lotu równie szybko. Jego młódki są śmiałe. Gdy stoi w ogrodzie przed gołębnikiem, one z powietrza siadają mu na głowie, na ramionach. Przychodzą do ręki po orzeszki. Teraz, gdy we wlocie zamontowana jest antena ESK jest to niezręczne, bo trzeba z takim delikwentem iść do gołębnika, żeby go odbić.


Fot. 15. W taki sposób jest doświetlane wnętrze gołębnika. .

Tokarczyk tak oto kwituje narzekania hodowców na młódki, które ociągają się z wchodzeniem do gołębnika po powrocie z lotu. Śmieszy mnie to, gdy ktoś mówi, że gołębie wracające z lotu siedzą na dachu i nie chcą wchodzić do gołębnika. Myślę sobie, Panowie, o czym wy mówicie? Przecież to takie proste. Gdy konstatowałem na gumki sprawiłem sobie niskie krzesełko, stołeczek i wio... Siedzę sobie w gołębniku. One siadają na deskę, a ja tylko wołam: chodź chodź, chodź! One do środka: myk, myk myk. Jeden za drugim. Biegiem, do mnie po orzeszki. Nie zdążę wyjmować ich z fartucha. Już cała grupka u moich stóp czeka, wyciągając ku mnie łebki. Kolejne wpadają do środka. Pierwsze kroki do mnie po orzeszka i do pojnika tuż obok. Gdy się napił, brałem go do ręki i gumka z nogi. Orzech, gumka. Orzech, pojnik, gumka. Nie ruszałem się z krzesełka. Koledze rzucałem gumki za siebie, na korytarz przez otwarte drzwi. On tam kręcił cały czas, na okrągło. Trzy zegary w 11 minut. Pełniutkie 100 gołębi. To samo robiliśmy w gołębnikach u gołębi dorosłych. To jest jeszcze prostsze, bo dorosłe z reguły nie „sypią się” tak, jak młódki.

Loty treningowe i loty z kabiny to chyba dwie różne rzeczy! Tak, absolutnie tak – uważa Tokarczyk. Nie można ich w żaden sposób porównywać. Z kabiny, wraz ze stadem wróci bądź jaki „smarkacz”, a z lotu treningowego może zginąć najwartościowszy, dojrzały młódek. Znajomy z sąsiedztwa na loty z kabiny koszował „piszczka”. Wcześniej nie był w ogóle trenowany. Z każdego lotu siadał równo z gołębiami i obleciał wszystkie sześć lotów. Ktoś to ładnie, obrazowo powiedział, że z takiego lotu z wiatrem i gazeta przyleci.

Nasze współzawodnictwa wymagają częstokroć tzw. typowania gołębi do serii. Potrzebna jest do tego umiejętność rozpoznawania formy lotowej gołębi. Jakie są oznaki formy lotowej lub jej braku?

„Pierwsze. Zachowanie w gołębniku. Patrzę, jak reagują, gdy wchodzę i wołam je. Zdrowe młódki są ruchliwe, jak dzieci; lubią ciągle się ruszać. Chore siedzą po katach z nastroszonymi piórami. Podoba mi się, gdy się żwawo poruszają, zwracają się do mnie wyczekują, idą ku mnie. Martwi mnie to, gdy gdzieś w kącie widzę młódka skurczonego z nastroszonymi piórami, którego nic wokół nie interesuje; który „myśli” – tak to nazywam. Wiem, że z nim jest źle. Coś mu dolega.

Drugie. Chęć latania i zachowanie w trakcie oblotów. Gdy młódki wyczekują na otwarcie wylotu, a potem wylatują ochoczo, po 2-3 rundach odchodzą od gołębnika, przez dłuższy czas ich nie ma, potem wracają i znów idą, to wiem, że wszystko jest w porządku. Są zdrowe, są w formie. Ale niepokoją mnie te, które nie chcą w ogóle opuścić gołębnika, mimo iż kiedyś już latały. Niepokoją mnie również te, które nie mają ochoty do latania i po 2-3 okrążeniach od razu siadają. Z nimi też dzieje się coś niedobrego.

Trzecie. Apetyt i zachowanie w trakcie jedzenia. Zdrowy młódek ma apetyt do jedzenia. Powinien biec do karmnika, jeden przed drugim, szybko. Powinien pospiesznie jeść. To znak, że ma apetyt. Chory młódek nie ma apetytu, ale z reguły dużo pije. Nie spieszno mu do karmnika. Nie je w ogóle, lub tylko tak od niechcenia. Zje 2-3 ziarenka i zniechęcony odchodzi.

Czwarte. Ochota do kąpania. To kolejny wskaźnik zdrowia i formy lotowej. Zdrowe młódki, młódki w dobrej formie chętnie się kąpią . Chore zwykle unikają kąpieli; chociaż i tu zdarzają się wyjątkowe zachowania. Niektóre wybitne lotniki nie lubią kąpać się zbyt często. Mam takiego gołębia, który kąpie się tylko raz na dwa tygodnie, a jest zdrów i w formie; podczas gdy inne kąpałyby się dwa razy w tygodniu. Taką widać ma naturę, że nie potrzebuje zbyt częstej kąpieli. Ochota do kąpieli zależy więc od cech osobniczych gołębia. Niektóre już reagują, gdy przygotowuję wannę do kąpieli. Jej widok kojarzą z przyjemnością kąpieli. Od razu widać wśród nich poruszenie. Inne są wprawdzie mniej ochocze, ale chodzą wokół wanny i zdają się czekać, by jakaś tam kropla od tych pławiących się spadła im na głowę lub korpus. Wtedy i one się kładą i rozkładają skrzydła. To też jest dobre. Gorzej jest z tymi, które stoją z boku i nawet nie podejdą, by broń Boże się zmoczyć. To jest podejrzane. To nie świadczy o zdrowiu”.

Piąte. Patrzę też młódkom na nóżki. Źle jest, gdy są zawsze sine i brudne. Źle też jest, gdy młódek ma brudny ogon, splamiony wydalinami. To nie świadczy o zdrowiu. Gołąb zdrowy ma czyste nóżki i czyste upierzenie.”

A woskówki? „Na temat stanu woskówek nie mam wyrobionego poglądu. Powszechnie uważa się, że zdrowy gołąb powinien mieć suche i białe woskówki. Też tak kiedyś sądziłem, ale mam gołębie, które ciągle mają szare woskówki. Wyglądają tak, jakby były kiedyś mokre, ale gołębie są zdrowe i nigdy nie chorowały; ani na oczy, ani na drogi oddechowe. Mimo wszystko, mam je „na oku”.

Stąd tak ważne jest przebywanie z gołębiami i obserwowanie ich. Pan obserwuje swoje gołębie; ich zachowanie, nastrój. Pan bada, doświadcza, docieka i wyciąga wnioski. Inny nie obserwując gołębi, nie skojarzyłby zapewne jednego z drugim. Tego rodzaju spostrzeżenia ułatwiają trafne typowanie młódków do serii.

Jakie są niepokojące objawy w zachowaniu się młódków, które mogłyby wskazywać na początki rozwoju jakiejś choroby?

„Pierwsze; zwiększone zapotrzebowanie na wodę. Młódki często i dużo piją. Kał jest przy tym wodnisty. Większość infekcji zaczyna się od tych objawów. Rano, gdy wchodzę do gołębnika, patrzę po siodełkach, po celach; na kał i puch. Drugie; łzawienie oczu. To dość częste niedomaganie występujące u młodych gołębi. Może ono być spowodowane różnymi czynnikami, wśród których najpoważniejszą rolę odgrywają niewłaściwe warunki w gołębniku; przepełnienie, brak świeżego powietrza, zapylenie, lecz także przeciągi. Łzawienie oczu w tych przypadkach związane jest z niedomaganiem układu oddechowego. Mogą je powodować infekcje kataralne, ale także poważniejsze wywołane przez mykoplazmy[5]. Ale oko może też łzawić z powodu jakiegoś okaleczenia, urazu. Jeżeli łzawienie występuje w jednym oku u jednego gołębia, to najprawdopodobniej jest to uraz. Jeżeli zaś łzawią obydwa oczy, i to u kilku gołębi, to nie jest już uraz, ale objawy jakiegoś schorzenia. Nie zawsze jednak musi to być coś poważnego. Młódki z łzawiącymi oczami izoluję. Przenoszę je do oddzielnej woliery. Siedzą tam około dwóch tygodni. Nie podaję im w tym czasie żadnych leków. Jeżeli po pięciu dniach pobytu w izolatce łzawienie nie ustępuje i dodatkowo pojawia się charczenie lub wysięki spod woskówek, sprawa jest poważniejsza. Może to być mykoplazmoza lub jakaś inna infekcja. Bywa też tak, że młódek kicha, parska i po kilku dniach pobytu w wolierze dobrzeje. Wszystko zeszło z niego. Widocznie był niedotleniony, miał zajęte worki powietrzne. Czasem zupełnie zdrowy gołąb kicha z prozaicznej przyczyny. Drapie się paznokciem po dziobie, jakby go coś w nozdrzach swędziało, jak to bywa przy katarze. Biorę go do ręki, zaglądam do dzioba, a on ma w przegrodzie nosowej na podniebieniu..... ziarenko siemienia lnianego. Po usunięciu ziarenka swędzenie i kichanie minęło. A gdybym tego nie dostrzegł, sądziłbym, że gołąb ma suchy katar.”

Dodatkowa motywacja młódków przez symulowanie lęgów

Dotąd motywowałem cześć młódków przez symulowanie im lęgów. Młódkom przygotowałem prowizoryczne cele. Wprowadziło się do nich kilka par tych najstarszych młódków z lęgu zimowego. Wabiły się w celach. Ścieliły sobie gniazda.. Dwa dni przed ostatnim lotem pokładam im jajka. Siadają na nie. Cztery dni przed ostatnim lotem podkładam im pisklaka. Jeden z samczyków jest nim tak zaaferowany, że nie ma czasu na nic. To zupełnie inny gołąb. Nie wychodzi na obloty. Z młódka schodzi tylko do jedzenia i picia. Oboje wysyłam na lot. Samczyk siada w tej pierwszej piątce. Niestety samiczka nie zdobyła konkursu. Niewiele się spóźniła. W podobny sposób motywowałem kilka innych par. Najpierw podłożyłem im jajka. Po 4-5 dniach wysiadywania podłożyłem tygodniowego pisklaka. Niektóre leciały od jajek. Jakie były efekty? Wszystkie z tego dodatkowego lotu pokazały się z czoła. To skuteczna motywacja, zwłaszcza dla tych dorosłych młódków z lęgu zimowego.

Które lepiej „szły”; te od jajek, czy te od piskląt?  Te od młodych! Zdecydowanie. I dotyczyło to zarówno samców, jak i samiczek. Pierwszy gołąb był od pisklaka, drugi od pisklaka, następne od jajek i potem znów od pisklaka. Niestety nie wszystkie młódki, które miały stymulowane gniazda spełniły moje oczekiwania i wybijały się w lotach. Wydaje mi się, że niektóre niedojrzały do tego rodzaju motywacji. Niektóre prowokowałem na gniazdo, podkładając im jajka, ale bezskutecznie. W tym roku było inaczej. Nie było jajek ani lęgów. Jedynie przed i po locie dopuszczałem do kontaktu samic z samczykami, bo w trakcie tygodnia były one w oddzielnych gołębnikach. Po locie były razem do wieczora. Natomiast wiosenne młódki leciały z siodełka bez dodatkowej motywacji.

Jak leciały jedne i drugie? Lepiej leciały młódki zimowe, aczkolwiek kilka z wiosennych dorównywała tym najlepszym.

Transport i start

Warunki, w jakich gołębie są transportowane na lot, wybór miejsca startu, rozpoznanie warunków atmosferycznych i decyzja o starcie, to wszystko są czynniki wpływające na lot; na to, czy będzie on udany, czy też nieudany.

Był Pan przez kilka sezonów osobą odpowiedzialną za decyzje o starcie, w tym roku znów jest Pan kierownikiem lotów. Ma Pan więc w tym zakresie pewne doświadczenie. Jakie są najczęściej popełniane błędy w tej dziedzinie?

1. Przepełnienie kabin, w efekcie czego gołębie są przegrzane, wręcz zaparzone. Jeśli wylecą w tym stanie z kabiny w zimy poranek, mogę zostać sparaliżowane! Jaki jest ich dalszy los, każdy może sobie wyobrazić.

2. Złe rozpoznanie warunków atmosferycznych. Wypuszczanie gołębi bez rozpoznania warunków atmosferycznych na trasie lotu. Gołębie po drodze trafiają na deszcze, burze i najczęściej z tego powodu dochodzi do lotów katastrofalnych.

3. Zbyt wczesne wypuszczanie gołębi. Jesienią długo zalegają mgły. Gołębie startują w niewłaściwym kierunku, a zanim mgły ustąpią, są już daleko i przyjdzie im wracać z bardzo dużych odległości. Zamiast 200 km, niejednokrotnie sa zmuszone lecieć 400 lub więcej. Wiele z nich błądzi i ginie.

4 . Złą praktyką jest również wypuszczanie gołębi równocześnie z innymi oddziałami. Prowadzi do mieszania się młódków w powietrzu, w efekcie czego zbaczają z właściwej trasy lub lecą wręcz w innym kierunku. Spóźniają się lub giną na zawsze. Nie należy spieszyć się z wypuszczaniem gołębi. Lepiej poczekać, popatrzyć na start innych i w zależności od tego, jak gołębie odleciały, podejmować decyzje o starcie swoich gołębi.

5. Nieodpowiedzialni hodowcy wysyłają na loty gołębie nie w pełni zdrowe, a w wielu przypadkach wręcz chore. To jest niedopuszczalne i godne najwyższego napiętnowania. Gołębie te zakażają inne.

Wskutek tych zaniedbań co roku niepotrzebnie tracimy wiele młódków, również tych wartościowych. Niezależnie od tego, loty w złych warunkach uniemożliwiają właściwą ocenę wartości młódków.

Czy młódki w trakcie transportu na lot należy karmić i poić? Poić na pewno, karmić raczej nie. To są loty jednodniowe, na które młódki koszujemy w przeddzień, zwykle popołudniową porą. Gdy w trakcie tych kilkunastu godzin nic nie zjedzą, nic im nie będzie. Ale bez wątpienia, w kabinie młódki powinny móc zaspokoić pragnienie.

Loty dalekie

Czy organizować młódkom loty dalekie np. z odległości 500 i 600 km? Oczywiście, można. Mogą one mieć sens. Ale nie są to loty dla wszystkich młódków. Mogą być celowe, ale tylko dla szczepów gołębi dalekodystansowych. One mają szansę wykazać się w tego rodzaju lotach. Nawet powinno się je testować w tego rodzaju lotach, biorąc pod uwagę to, iż w przyszłości powinny sobie dawać radę w różnych warunkach. Od młodości powinny być testowane i nabierać doświadczeń na większych odległościach i w trudniejszych warunkach. One mają do tego predyspozycje. Mają inną psychikę. Są wolniejsze, spokojniejsze, a przy tym twardsze i bardziej wytrzymałe. Ja koszowałbym na nie tylko te młódki ze szczepów dalekodystansowych. Szybkich Schellensów i Engelsów nie wysyłałbym na loty z odległości ponad 500 km tylko dlatego, żeby je sprawdzić na takim dystansie. One mogłyby nie wytrzymać i ulec przeciążeniu; gdyby np. trafił się ciężki lot. Warunków pogodowych nie jesteśmy przecież w stanie dokładnie przewidzieć. Uważam, że jest im to w ogóle niepotrzebne. To inny typ ptaka. Są nadpobudliwe i na dalekich trasach, w trudnych warunkach mogą się przeciążyć, „spalić się”.  One są przeznaczone na loty krótkie. Tu mają błyszczeć. Tu mają być szybkie. Natomiast młódki z Ge szczepów dalekodystansowych są spokojniejsze, są psychicznie zrównoważone. Inaczej rozkładają siły, inaczej się też regenerują. I choć już w roku urodzenia mogą z siebie wiele dać, to nie eksploatują się tak intensywnie, nie wydają z siebie wszystkiego i – być może dlatego – na krótszych dystansach są wolniejsze.

Czy nie ma obawy o przeciążenie młódków wysyłanych na duże odległości; wszak są to młode organizmy? Takie obawy są zawsze, nawet w lotach z mniejszych odległości; jeśli np. trafimy na niesprzyjające warunki atmosferyczne. Tego niestety nigdy nie da się przewidzieć z absolutną pewnością. Gdy jednak lot przebiega w normalnych, sprzyjających warunkach atmosferycznych, takich obaw nie ma, nawet w lotach z ponad 500 km; wszak pod warunkiem, że wysyłamy młódki dobrze przygotowane i zdrowe, wywodzące się z gołębi dalekodystansowych.

Starsi mistrzowie w latach sześćdziesiątych w naszym Hodowcy... radzili młodym adeptom tego hobby, żeby młódkami lotować na odległości nie większe niż 220 km, i to tylko przy dobrej pogodzie. To mają być jedynie treningi, nic więcej. Tak było kiedyś. Dziś jest zupełnie inaczej. Dziś hodujemy i wypuszczamy na dach znacznie więcej młódków niż kiedyś, ponieważ nasze zasady współzawodnictwa preferują duże hodowle. Stąd potrzeba wcześniejszej i bardziej surowej selekcji. Dziś też mamy bardziej intensywne programy lotowe, mamy większe wymagania wobec gołębi, bardziej wyrafinowane metody prowadzenia gołębi; karmienia, lotowania. Mamy w programach więcej lotów i lotujemy z większych odległości. Mimo iż np. w tym roku mieliśmy siedem lotów, to i tak trudno jest wyselekcjonować te najlepsze ptaki. Musimy zrezygnować z wielu młódków, nawet takich z konkursami, ponieważ pozostaje ich za dużo.

Ale... gdy trafi się katastrofalny lot, to nagle, z dnia na dzień zmieniają się nasze zapatrywania. Myślę, że jest tu czas i miejsce po temu, bym raz jeszcze zacytował na ten temat opinię mistrza Jana Fabiana, który hoduje gołębie całe życie. Powiedział mi tak: „Jeśli młodego konia zaprzęgasz do ciężkiego wozu, to w starości nawet lekkiego nie pociągnie!” Wszystko zależy od szczepu – stwierdza Tokarczyk.  A ja dodałbym, że również od pogody.

Jak oceniać osiągnięcia lotowe młódków?

Czy wyniki lotowe młódków mogą być podstawą oceny ich wartości i w konsekwencji – narzędziem selekcji?  Tak uważam, wyniki lotowe młódka mogą być podstawą oceny jego wartości, ale przy selekcji biorę również pod uwagę jego pochodzenie. Jest ono dla mnie równie ważne, jak jego osiągnięcia lotowe.

Jakie osiągnięcia w lotach powinien mieć młódek, by zasłużył sobie na miejsce w gołębniku? Jeśli wywodzi się z szybkich gołębi, powinien mieć 3 konkursy; na sześć lotów, jakie mieliśmy w tym roku. Może mieć dwa, ale powinny być czołowe; najdalej w pierwszej dwudziestce. Dobrze też, gdy ma komplet 6/6, ale przynajmniej dwa muszą być czołowe. Młódek musi pokazać, że potrafi wcześnie siąść. Tak, to jest dla mnie najważniejsze. Może mieć przeciętne konkursy: 5/6 lub 6/6 – też go zostawiam, ale nie jestem pewny, co do jego przyszłości. Mam wątpliwości.

Jak powinien wracać z lotu dobry młódek; zawsze w czasie konkursowym, czy też może się spóźnić? Niekoniecznie musi zawsze wracać w czasie konkursowym, ale nie na końcu listy, a przede wszystkim nie powinien wykazywać oznak nadmiernego zmęczenia; większego niż gołębi wracających w tym samym czasie. Jeśli wraca zbyt zmęczony, to albo niedomaga, albo ma wrodzone wady fizyczne, a taki nie nadaje się do dalszego chowu.

A te, które się spóźnią? Młódek może z jakiegoś lotu się spóźnić, może nawet wrócić po tygodniu. Zapisuję mu to na plus. To dla mnie ważny sygnał. Pokazał, że nie dał się złapać, nigdzie nie wszedł, potrafi przetrwać, jest przywiązany do domu. To cenię.

Czy te, które nie błyszczą, nie wracają „w szpicy”, mają zadatki na dalekodystansowców? Raczej tak, ale to muszą być gołębie wywodzące się z gołębi dalekodystansowych. Jeśli zaś tak się zachowują młódki wywodzące się z szybkich szczepów, to one zawsze będą wolne. Nie zostawiam takich.

A jakie ma Pan wymagania względem gołębi wolniejszych tych wywodzących się ze szczepów dalekodystansowych. Tylko zdolność powrotnolotowa. Nie liczę im konkursów.

Jak oceniać te młódki, które nie zdobywają konkursów?  Jaki los czeka młódka, który nie zdobył ani jednego konkursu, ale wracał regularnie i nie zmęczony? Jeżeli jest z dobrej linii, ma dobre pochodzenie – kiedyś zostawiałem go. Dawałem mu szansę w roku przyszłym. Dziś go usuwam.

Jakie elementy bierze Pan pod uwagę przy powrocie z lotu, poza prędkością? Dla mnie najważniejsze jest to, jak szybko gołąb regeneruje się po locie. Z trudnego lotu może wrócić zmęczony, ale powinien stosunkowo szybko dojść do siebie.

Jakie są symptomy szybkiej lub powolnej regeneracji. Zwracam uwagę nie tylko na to, w jakim stanie młódki wracają, ale obserwuję je, jak się zachowują w gołębniku w miarę upływu czasu po powrocie; po pół godzinie, po godzinie, po dwóch, nazajutrz po locie. Jeden już wkrótce jest ruchliwy, inny z nastroszonymi piórami długo śpi na siodełku, nie zwracając na nic uwagi. Ten pierwszy szybko doszedł do siebie i to mi się podoba. Ten drugi niestety „dostał w kość”, a to niezbyt dobry objaw. Zwracam też uwagę na zachowanie się młódków w czasie pierwszego oblotu po locie. Zwykle wypuszczam je dopiero w poniedziałkowe popołudnie. Najbardziej podobają mi się te, które ochoczo wylatują w powietrze i latają, jakby nigdy nic, jakby w niedzielę nie były na locie. Natomiast niepokoją mnie te, które po kilku rundach siadają lub w ogóle nie chcą wylatywać na zewnątrz. Te pierwsze doskonale się regenerują. Tych, które siadają, lot – widać – kosztował dużo lub nie mają zdolności szybkiej regeneracji sił.

Biorę gołębia do ręki przed lotem i po locie. Badam i porównuję masę i muskulaturę. Jednego po locie „ubędzie”, innego „nie ubędzie”. Jeden znacznie straci na wadze, inny prawie nic. Jeden stanie się „cienki”, inni jest nadal „pełny”. Dla mnie lepszy jest ten drugi, którego po locie „nie ubędzie”, który nie straci na wadze i jest nadal pełny. To mi się podoba. On niewiele ucierpiał. Lot niewiele go kosztował.

Które Pan w tym roku zostawi, a z których Pan zrezygnuje? Z tych szybkich usunę te, które robiły dalekie konkursy, a z gołębi dalekodystansowych, prawdopodobnie zostawię wszystkie; co najwyżej usunę te, które mi się nie spodobają, z ewidentnymi wadami.

 „Ty chodzisz sobie tak równo, ale wolno, to będziesz dobry na dalekich dystansach” – powiedział mi kiedyś Józef Zając z Żor osiągający swego czasu ponadprzeciętne wyniki w lotach dalekich. To zachowanie ma świadczyć o równowadze psychicznej gołębia, braku nadpobudliwości i przesadnie żywego temperamentu. Zbyt „temperamentne” ptaki – zdaniem specjalistów od lotów dalekodystansowych – mogą się spalać na lotach trudnych, dalekich. Zgadzam się z tym. Ale – jak powiedziałem – nie mogę chować zbyt wiele gołębi.

Prognozy na przyszłość

Czy dobre wyniki lotowe młódka mogą być zapowiedzią jego sukcesów w wieku dojrzałym? Tak, jak najbardziej. Wszystkie moje najwybitniejsze dorosłe lotniki zasygnalizowały swoje zdolności wyczynowe już w lotach gołębi młodych. W swojej praktyce nie miałem takiego gołębia, który nie zdradziłby swej wysokiej wartości już jako młódek.

Jak zapowiada się u Pana szybki lotnik? Jeśli młódek zdobywa czołowe konkursy, to w wieku dojrzałym też jest szybki. Wystarczy, by ze dwa razy pokazał się w czubie, z czoła, w dziesiątce, w dwudziestce, to później, jako roczniak też ze dwa lub trzy ma czołowe. Nie musi zawsze błyszczeć, ale gdy zdobędzie np. osiem konkursów, to przynajmniej cztery są czołowe. Tak więc gołąb z przyszłością już jako młódek powinien zdobyć przynajmniej 2-3 czołowe konkursy!

Czy bywa tak, że z przeciętnego młódka wyrasta as lotowy? Nie zdarzyło się u nas, by z młódka, który nie zdobył ani jednego konkursu wyrosła w przyszłości jakaś „gwiazda”. Co więcej; nigdy też nie było tak, by młódek, który zdobył jeden, dwa, trzy, czy nawet cztery konkursy, ale konkursy przeciętne, daleko na liście – jako dorosły zdobywał czołowe konkursy.

A jak jest z tymi młódkami wolnymi? Nigdy nie zdarzyło się tak, by przeciętny młódek, który zdobywał poślednie konkursy, był potem w wieku dojrzałym szybkim gołębiem. Sprawdziłem to wielokrotnie i jestem tego pewny. Kiedyś myślałem, że być może te wolniejsze się rozkręcą. Dawałem im szansę. To bezcelowe. Swego czasu przeprowadziłem taki eksperyment. Zostawiłem 10 takich wolniejszych młódków z kilkoma konkursami i – żeby ich nie przeoczyć – w spisie zaznaczyłem je czerwoną kropką. Po dwóch latach żadnego z nich nie było w gołębniku. Albo się pogubiły, albo zdobywały dalekie konkursy, że je w końcu usunąłem. Z takich przeciętniaków nigdy nie wyrosło nic wybitnego.

Czy zdarza się, że młódek z kompletem konkursów, jako roczniak w ogóle się nie sprawdza? Tak bywa, zwłaszcza na pierwszych lotach w maju. Dwa lata temu na pierwszych trzech lotach zgubiłem kilka roczniaków, w tym też takie, które błyszczały jako młódki. Były to wyjątkowo szybkie gołębie. Po dwóch tygodniach doleciał jeden, mniej więcej po miesiącu drugi, trzeci – jeszcze nieco później. Gdy odpoczęły, wysłałem je jeszcze na kilka lotów w lipcu. Były nie do poznania. Meldowały się w czołówce.

Dlaczego? Moim zdaniem zbyt wcześnie wiosną zaczynamy lotować roczniakami; częstokroć nie ma jeszcze wtedy odpowiednich warunków atmosferycznych na loty. Jeśli w kwietniu i w maju jest ciepło, powietrze jest nagrzane, roczniaki lepiej funkcjonują , ale gdy maj trafi się zimny, wietrzny i deszczowy, wówczas roczniaki zawodzą, zwłaszcza te błyskotliwe i szybkie. Z tego powodu w tym roku szybkimi roczniakami zaczynałem bardzo ostrożnie; włączyłem je nieco później. Dotyczy to tak samców, jak i samic; chociaż częściej wczesną wiosną zawodzą młode samce.

Czy młódki muszą koniecznie brać udział w lotach w roku urodzenia? Uważam, że gołębie powinny „od dziecka” rozwijać swoje zdolności powrotno-lotowe. Lotowane młódki lepiej się rozwijają; nie tylko pod względem fizycznym (kościec, muskulatura), ale także psychicznym. Nabierają także doświadczeń, stają się mężniejsze. Gołąb, który brał udział w lotach w roku urodzenia, jako roczniak ma przewagę nad swoim rówieśnikiem, który jako młódek nie był w ogóle lotowany. Loty są też dobrym narzędziem selekcji. Można stosunkowo wcześnie ocenić wartość nowego przychówku.



[1] Wyciąg z ziół i jarzyn firmy „Natural”.

[2] Jeżówka purpurowa

[3] Kora wierzby zawiera flawonoidy, kwasy organiczne oraz glikozydy. Najbardziej czynnym z nich jest glikozyd fenolowy – salicyna. Ma on silne działanie przeciwzapalne, przeciwgorączkowe i ściągające. Wykorzystywana jest w leczeniu przy takich dolegliwościach i chorobach jak: ból głowy, przeziębienie przebiegające z gorączką, różne odmiany choroby reumatycznej, miażdżyca. W medycynie ludowej wykorzystywano korę wierzby również do leczenia nerwobólów i jako środka ułatwiającego zasypianie i uspokajającego. Obecnie nie pozyskuje się już do celów leczniczych ludzi, kory wierzby, gdyż jest zastępowana syntetycznie produkowanym kwasem acetylosalicylowym (nazwa handlowa "Aspiryna", "Polopiryna"). Napary z kory wierzby nie wywierają jednak tak szkodliwego działania na żołądek, jak aspiryna, a działają równie skutecznie. Korę zbiera się z 2 – 3-letnich gałęzi wczesną wiosną, gdy ruszają soki i łatwo jest ją oddzielić od drewna. Korę suszyć można zarówno w ciemnych, jak i jasnych pomieszczeniach. Do celów leczniczych wykorzystywana może być również kora wierzby kruchej, wierzby białej, wierzby pięciopręcikowej i wierzby wiciowej.

[4] Zestaw witamin w proszku na karmę, wzbogacony w żywe kultury bakteryjne przyjazne dla gołębi.

[5] Mykoplazmoza to choroba dróg oddechowych; często określana jako chroniczna postać kataru. Ma objawy podobne do ornitozy. Wywołujące ją mykoplazmy są najmniejszymi znanymi bakteriami, rozmiarami przypominają wirusy. Egzystują w organizmie każdego gołębia na zasadzie równowagi z systemem odpornościowym. Dlatego też najlepszym sposobem walki z nimi są wszelkie działania zmierzające do aktywacji naturalnej odporności gołębia.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330544263,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Nowa książka Piotra Patasa

niedziela, 15 maja 2011 15:01

 

Andre Roodhooft - Król Unii Antwerpskiej

 

Gołębie są częścią mojego życia,

poza trudem i pracą przynoszą mi radość, spokój i wytchnienie.

 André Roodhooft

 

  Dlaczego król? Skąd ten tytuł? Stowarzyszenie hodowców gołębi w Belgii nosi nazwę Ko­ninklijke Belgische Duivenliefheb­bersbond, co wolnym przekładzie znaczy – Królewski Związek Miłośników Gołębi. Stąd właśnie Mistrz Unii Antwerpskiej – elitarnego klubu lotowego w Belgii – w konsekwencji miano­wany jest Królem Unii. Nazwa ta i tradycja z nią związana mają korzenie sięgające początków ubiegłego wieku, okresu I wojny światowej, kiedy to go­łąb pocztowy był jeszcze najdo­skonalszym środkiem przekazywania informacji z frontu, i dla- tego traktowano go jako rodzaj broni strategicznej. Z tego po­wodu stowarzyszenia hodow­ców gołębi pocztowych cieszyły się uznaniem władz państwowych i wojskowych. Wyrazem tego był swoisty patronat państwa (Króla), określone przywileje dla hodowców i nazwa – Królewski Związek. Tak było między innymi w Niemczech, w Belgii, w Holandii i w Wiel­kiej Brytanii. Tradycja ta trwa tam do dnia dzisiejszego.

 

Andre Roodhooft

 

Współzawodnictwo w ramach Unii Antwerpskiej uznawane jest w Belgii za najbardziej prestiżowe. Tytuł Króla Unii Antwerpskiej André Roodhooft zdobył aż 10-krotnie; było to  w latach: 1983, 1988, 1992, 2000, 2002, 2005, 2006, 2007, 2008, 2009. W roku 2007 spotkał go wy­jątkowy zaszczyt. Za zdobycie tytułu Króla Unii w trzech kolejnych latach: 2005-2006-2007 został uhonorowany tytułem Cesarza Unii Antwerpskiej (Kaiser Union Antwerp). Tytuł Cesa­rza przypadł mu również w udziale w latach 2008 i 2009 za dwa trzyletnie okresy „królowa­nia” w Unii: 2006-2007-2008 i 2007-2008-2009.

André Roodhooft zdobywał laury we wszystkich katego­riach lotowych. W latach 1987-1988 był mistrzem w lotach dalekodystansowych (Generalmeister Weitstreckenclub Antwerpen). W tym okresie Unia zrzeszała najwięcej, bo  około 1500 hodowców. Na przestrzeni ostatnich 30 lat wielokrotnie zdobywał tytuły mi­strzowskie i wicemistrzowskie w lotach na średnich i dalekich dystansach, zarówno gołębiami dorosłymi, roczniakami, jak i młódkami. Na te ty­tuły składają się osiągnięcia lotowe indy­widualnych gołębi. Najlepsze z nich określa się na Zachodzie mianem asów lotowych (Astaube). André Roodhooft może się poszczycić asami lotowymi bodaj we wszystkich kategoriach lotowych. Często miewał najlepszego lotnika Unii Antwerpskiej, najlep­szego roczniaka Unii, najlepszego dorosłego lotnika na średnich, czy dalekich dystansach.

 

André Roodhooft uczestniczy też w innych współzawod­nictwach; m.in. we współzawod­nictwie czasopisma De Snelle Vlucht oraz we współzawodnictwie pod nazwą Fond 2001. Klasa jego hodowli i umiejętności i tu znajdują swoje potwierdzenie. André bryluje, zdoby­wając tytuły mistrzowskie zarówno młódkami, roczniakami, jak i gołębiami dorosłymi. Jak przystało na hodowcę tej miary, André Roodhooft dochował się również olimpijczyka. W roku 2005 jego gołąb reprezentował Belgię na Olimpiadzie w Portugali.

 

Mistrzostwo w Unii rozgrywane jest na wszystkich dystan­sach. Zasady zbliżone są do na­szego GMP. Żeby zostać Kró­lem Unii trzeba być najlepszym na wszystkich dystansach; średnich (350-450 km), dalekich jednodniowych (500-650 km) i maratońskich (ponad 1000 km). Rozgrywa się je w oparciu o z góry typowane gołębie. Dystanse średnie obejmują trzy­naście lotów gołębi dorosłych i rocznych oraz siedem lotów gołębi młodych. Do współza­wodnictwa zalicza się punkty czterech najlepszych ptaków. Dystanse dalekie jednodniowe obejmują osiem lotów. Do współzawodnictwa sumuje się punkty dwóch naj­lepszych pta­ków. Dystanse dalekie (maratony) obejmują pięć lotów. Do współzawodnictwa zalicza się punkty jednego, z góry typowanego gołębia.

 

André zaczął interesować się gołębiami już w wieku 7 lat. Jego ojciec wprawdzie nie miał z nimi nic do czynienia, ale dwóch jego braci i szwagier byli hodowcami. W wieku 12 lat André odnosił już pierwsze sukcesy w lotach na krótkich dystansach. Potem, po ożenku w roku 1973 podjął pracę przy gołębiach w stacji hodowlanej Natural założonej przez legen­darnego Noël’a De Scheemaecker’a. Kontynuuje ją do dziś. Ceni ją, cieszy się nią, wszak jest ona spełnieniem jego życiowego marzenia – móc robić to, co się kocha i z tego żyć. Dla Roodhooft’a gołębie to hobby, miłość, zawód, praca, a więc całe życie. Wszystko, z wyjąt­kiem najbliższej rodziny jest im podporządkowane. Nic więc dziwnego, że przy takim zaan­gażowaniu już od najmłodszych lat osiągał w tym sporcie sukcesy.

 

André Roodhooft zdobył w gołębiarstwie wiele; można by nawet powiedzieć, że wszystko. Wielokrotnie był na szczycie, ale miał też lata trudne. Rok 1990 nie był dla niego łatwy. Zawał serca, operacja, i to w najpiękniejszym wieku, po czterdziestce. Szybko jednak wyszedł z tego. W ostatnich latach przeżył drugie załamanie zdrowia. Choroba nowotwo­rowa. Ale André niełatwo się poddaje. Świadczy o tym jego szybki powrót do zdrowia i fakt, że znów lotuje i zwycięża. Problemy zdrowotne były dla niego poważnym wyzwaniem, a zarazem doświadczeniem i próbą charakteru. Dzięki nim przewartościował swoje życie i sposób podejścia do swego hobby.

 

Kiedyś wszystko w życiu – także gołębie – traktował nadzwyczaj poważnie, odpowiedzial­nie, wręcz z chorobliwą, aptekarską dokładnością. Jeśli oblot wdowców miał być o szóstej, to był o szóstej i nie mogło być inaczej. Po chorobie uznał, że tak nie trzeba, że nie jest to takie ważne, że jest to wręcz niezdrowe. Dziś wie, że nic złego się nie stanie, gdy gołębie zostaną wypuszczone np. o 7:30. André zrozumiał, że do wszystkiego trzeba mieć dystans. Dotyczy to wszystkich aspektów życia. Ta dewiza – twierdzi André – nie zwalnia nas bynajmniej od zachowania podstawowych warunków prowadzenia racjonalnej hodowli. Zawsze trzeba się opiekować gołębiami, dbać o ich zdrowie, zapewnić im właściwe warunki bytowania. Trzeba w tym jednak zachować właściwą miarę.

 

Nie darowałbym sobie tego, gdybym mistrza tej miary nie zapytał o jego receptę na suk­ces, o to, co w tym sporcie jest najważniejsze. Pytam więc, czy do gołębi trzeba mieć talent? A może to tylko kwestia wiedzy i umiejętności? André uważa, że dobre gołębie, dobry go­łębnik i właściwa opieka to warunki pod­stawowe, ale bynajmniej niewystarczające, albo­wiem sukces w hodowli i w lotach, to nie tylko kwestia nabycia dobrych go­łębi, zbudowania dobrego gołębnika i opieki. Dla hodowcy dążącego do sukcesu gołębie muszą być najważ­niejsze. Trzeba się nimi opiekować i troszczyć się o nie. Trzeba się im poświę­cić, przebywać wśród nich i zżyć się z nimi. Gołębia trzeba mieć w sercu! Tego nabyć nie można. A może w tym tkwi istota owego „talentu”, z którym jeden się rodzi, a drugi za nic w świecie go nie kupi? Kolejna rzecz w drodze do sukcesu to – zdaniem André – selekcja, i to bardzo ostra selekcja. Selekcja, selekcja, raz jeszcze selekcja! „Złe gołębie usuwam, dobre od czasu do czasu sprzedaję, a te najlepsze zostawiam dla siebie”. Oto dewiza mistrza. To zrozumiałe, szczere.

 

Jego mistrz i nauczyciel, wzór do naśladowania? André bez wahania odpowiada – Noël De Scheemaecker; zmarły w roku 2002 w wieku 93 lat założyciel stacji hodowlanej Natural. Uważa go nie tylko za swego mistrza i nauczyciela, lecz również za niedoścignionego znawcę i miłośnika gołębia pocztowego, a przede wszystkim za człowieka wielkiego for­matu i dobrego przyjaciela. Zasłużył sobie na tę opinię przykładem swojego godnego, dłu­giego i pracowitego życia.

 

Co André chciałby jeszcze osiągnąć? Jakie są jego marze­nia? Mistrz powiedział mi, że chce nadal cieszyć się gołębiami, chce nadal dobrze lotować. Nieopisaną radość wciąż spra­wia mu widok powracającego z lotu gołębia, a gdy się okaże, że wrócił jako pierwszy, czy drugi – jego szczęście osiąga pełnię.

 

Ale André Roodhooft to nie tylko wybitny hodowca. To również wzięty publicysta. Na przestrzeni ponad 30 lat napisał kilkaset artykułów o gołębiach pocztowych. Były one publi­kowane m.in. w niemieckojęzycznym magazynie belgijskim pod nazwą Gut Flug. W 2006 roku za swój dorobek w tej dzie­dzinie został uhonorowany tytułem najlepszego dziennika­rza gołębiarskiego. André Roodhooft jest przykładem wybitnego hodowcy, który na dodatek potrafi fachowo, ze znawstwem pisać o gołębiach; i to prostym, zrozumiałym językiem. To jego największy atut. Jest mistrzem w hodowli i w lotach, a zarazem osobą, która tę wiedzę potrafi przekazać innym.

 

W swoich artykułach André przekazuje Czytelnikom wiedzę zdobytą przez lata prowa­dzenia własnej hodowli i równocześnie stacji hodowlanej Natural. Dzięki temu tchną one autentyzmem. Dzieli się w nich swoimi doświadczeniami, udziela praktycznych wskazó­wek, porad, odpowiada na liczne pytania kierowane do niego przez Czytelników. Jest w tym nadzwyczaj szczery. Opowiada o swoich sukcesach, ale przyznaje się też do swoich wa­hań, wątpliwości, błędów i pomyłek. Nie kreuje się bynajmniej na autorytet, z jego tekstów Czytelnikowi rysuje się obraz prostego, skromnego, normalnego człowieka.

 

Artykuły Roodhooft’a czytuję od wielu lat. Doce­niając jego doświadczenie, wiedzę i wartość jego publikacji od dawna nosiłem się z zamiarem poznania tego człowieka i udo­stępniania jego dorobku polskiemu Czytelnikowi. Nadarzyła się okazja. Jesienią roku 2008 – przez kolegę Krystiana Lasotę mieszkającego w Niemczech – zostałem zaproszony do od­wiedzenia kilku gołębników w Belgii, w Holandii i w Niemczech. Skorzystałem z tego. An­dré przyjął nas gościnnie. Poświęcił nam czas. Pokazał nam swoje gołębie i gołębniki. Pod­wiózł nas do stacji hodowlanej Natural. Chętnie przystał na opublikowanie swego dorobku pisarskiego tu w Polsce.

 

To, co tu proponuję Państwu, to nie są wierne tłumaczenia jego artykułów. Jest to raczej tematyczna kompilacja powstała w oparciu o jego oryginalne teksty publikowane w mie­sięczniku Gut Flug. Dlatego może się zdarzyć, iż niektóre opi­nie Autora będą się powtarzać, a nawet mogą być ze sobą sprzeczne, czy sprawiać wrażenie nieuporządkowanych. Np. jednym razem za najlepszą podłogę w gołębniku André uznaje ruszty, innym razem pisze, że ruszty są złe, a najlepsza jest podłoga pełna z drewnianych desek. Jest tak dlatego, ponie­waż poglądy autora na wiele spraw zmieniały się z czasem. Jest to wynikiem ustawicznych poszukiwań i doświadczeń, jakie podejmował przez lata, w dążeniu do znalezienia rozwią­zań optymalnych – z własnego punktu widzenia – i zarazem przyjaznych dla gołębi. Do­świadczenia te prowadzi do dziś.

 

Ta publikacja obejmuje artykuły André Roodhooft’a zamieszczone w Gut Flug w latach 1983-1994. Mimo upływu czasu treści te są nadal aktualne. Teksty z języka niemieckiego przełożył Krystian Lasota, za co pragnę mu w tym miejscu serdecznie podziękować. Ja pod­jąłem się ich opracowania.

 

Życzę Państwu przyjemnej lektury.

 

 

Piotr Patas

 

***

 

 

 Spis treści

 

Król Unii Antwerpskiej   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .    5

Gołębnik   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   11

Jesień i zima w gołębniku   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  31 

Lęgi zimowe w Belgii   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   40

Młódki   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   45

Krople do oczu Ledercord i Kenacord   . . . . . . . . . . . . . . .   60

Zaciemnianie gołębnika   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   66

Lotowanie „z gniazda” i „wdowieństwo”   . . . . . . . . .    71 

Hodowca – gołębie   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   75

Loty katastrofalne   . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .    82

Hodowla „na ogiera”   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   95

Selekcja   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 102

Dobre gołębie, czy nazwisko?   . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   111 

Aukcje   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   114 

Aklimatyzacja   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  116

Argentyna   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  117

Sport gołębiarski na Tajwanie   . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   122

Zdrowie i choroba   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  125

Trychomonadoza   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  125 

Kokcydioza   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  129 

Katar   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  132  

Paramyksowiroza   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  133

Ospa, dyfteryt, czy ospodyfteryt?   . . . . . . . . . . .  137

Salmonelloza   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  141

Adenowizora   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .   148

André Roodhooft odpowiada…   . . . . . . . . . . . . . . . . .   153

Wspomnienia sprzed  lat   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 182

Zamiast zakończenia   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  184

Noël De Scheemaecker   . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .  189

 

http://www.piotrpatas.orangespace.pl/

 

 

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,329592137,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Lęgi zimowe w Belgii

niedziela, 19 grudnia 2010 16:54

 W Belgii coraz częściej prowadzi się lęgi zimowe. Kiedyś zimowe młódki chowali tylko „specjaliści” i „mali hodowcy”. Obecnie wiele hodowli – i tych małych i dużych – przestawiło się na lęgi zimowe, z których odchowuje się wczesne młódki. W Belgii jest wielu „małych” hodowców, którzy trzymają stosunkowo niewiele gołębi. Niektórzy nie mają nawet gołębnika rozpłodowego. Chcąc mieć wczesne młódki, muszą je chować zimą po wdowcach. Dlatego dziś prawie u wszystkich latają młódki zimowe.

 Dlaczego my Belgowie - pisze Roodhooft - chowamy zimowe młódki, przydając sobie pracy i kłopotów z tym związanych? Bodaj najważniejszą tego przyczyną jest wzrost popularności lotowania młódkami. W Belgii bardzo rozpowszechniła się gra gołębiami młodymi o pieniądze. Loty młódkami mają też u nas duże znaczenie prestiżowe. W innych krajach jest inaczej. Tam rzadko chowa się młódki zimowe.

W Niemczech np. młódki zimowe nie są w ogóle potrzebne, ponieważ prawie wszystkie niemieckie oddziały organizują dla młódków tylko 4-5 lotów; i na dodatek zaczynają je dopiero w sierpniu lub we wrześniu. Tam młódki wysyła się najdalej na odległość 250 km. Do tego nie potrzeba wczesnych młódków zimowych. Poza tym w Niemczech jest znacznie wię­cej jastrzębi niż u nas. W niektórych rejonach do kwietnia nie można wypuszczać nawet go­łębi dorosłych, a co dopiero młódki. Zimowe młódki, które uczą się latać w lutym i w marcu, byłyby  tylko pokarmem dla ptaków drapieżnych.


Gdy w Belgii w połowie maja zaczynamy lotować młódkami, w Niemczech w tym czasie hodowcy odstawiają dopiero pierwszy lęg młódków. W połowie czerwca nasze młódki latają już z odległości 350-400 km. W Niemczech w tym czasie młódki wyklute w marcu, czy w kwietniu dopiero co nauczyły się latać. Żeby młódki mogły uczestniczyć w lotach, powinny być odstawione od rodziców co najmniej 3-4 miesiące wcześniej. My w Belgii w sierpniu przekraczamy młódkami odległość 500 km. We wrześniu mamy zazwyczaj dwa loty narodowe dla młódków z La Souterrain. To do mnie odległość nieco ponad 600 km. Młode uchowane zimą osiągają w tym czasie dojrzałość płciową. To pozwala lotować nimi metodą „pół-wdowieństwa”, lub też „z gniazda”. W ten sposób można je lepiej i skuteczniej moty­wować.


W ostatnich dwóch latach z końcem września wysyłamy młódki na lot z Brive. To dla rejonu Antwerpii odległość rzędu 700 km. Niestety w tym locie co roku ginie bardzo dużo młodych gołębi. Osobiście nie jestem zwolennikiem wysyłania młódków na tak duże odległości. Poza tym uważam, że koniec września to zbyt późna pora na taki lot; i to moim zdaniem – a nie odległość – jest główną przyczyną tak dużych strat. Tak znaczne straty potęguje fakt, iż wielu hodowców – niestety – wysyła na ten lot swoje najgorsze młódki. Czasem – na stracenie, czasem w nadziei, że odkryją asa, w myśl zasady, że niekiedy i „byk może się ocielić”. Ale lot z Brive jest bardzo popularny i cieszy się dużym prestiżem. Gołąb, zwycięzca z narodowego lotu z Brive jest natychmiast wart pół miliona belgijskich franków[1].


Największą zaletą lęgów zimowych jest to, że młódki uchowane zimą inaczej się pierzą. Zaczynają wymianę upierzenia już w kilka dni po odstawieniu od rodziców; i to – nie od lotek w skrzydłach, jak to jest w przypadku młódków wiosennych, lecz – od piór drobnych na szyi i na pokrywie skrzydeł. Lotki zaczynają wymieniać dopiero latem, gdy drobne pióra są w pełni odnowione. W lipcu, w sierpniu i we wrześniu upierzenie młódków zimowych jest znacznie lepsze, ani­żeli młódków wiosennych. Są w lepszej dyspozycji lotowej. Mogą bez przeszkód uczestniczyć w tych najdalszych prestiżowych lotach. To wszystko sprawia, że Belgowie prowadzą lęgi zimowe i hodują wczesne młódki.


Jak to robimy?


Dla hodowców praktykujących lęgi zimowe dzień 25 listopada jest optymalną datą do łączenia gołębi w pary. Partnerzy wysiadują jajka i początkowo wspólnie chowają pisklęta. Gdy młódki osiągną dwa tygodnie życia, zabiera się jednego z partnerów, żeby nie doszło do ponownego zniesienia jaj przez samiczkę. Zwykle jest to samica, którą – wraz z jednym młódkiem – przenosi się do woliery lub do przyległego przedziału. Młódki w miskach stawia się obok siebie na podłodze wyściełanej słomą lub ściółką typu Bodenbelag-Korrel. Samice chętnie je karmią. Niektóre – nie rozpoznając swoich – karmią nawet obce. Z reguły karmią każdego głodnego, który domaga się jedzenia.


Kto chce całkowicie odciążyć wdowce, ten może zabrać obydwa pisklęta, pozostawiając je pod opieką samic. Nie trzeba się obawiać o to, że młódki będą niedożywione. Samiczka jest w stanie dobrze odchować dwa dorastające młódki. W razie konieczności wspomogą ją inne. W miarę dorastania wszystkie młódki zaczną chodzić po podłodze, staną się jednym przedszkolem, jedną rodziną – „wszystkie będą nasze”.

Kto planuje lotować samicami, może postąpić odwrotnie. Do woliery może przenieść same samice, a obydwa młódki pozostawić z samcem. To odciąży samice od karmienia piskląt i oszczędzi ich siły na przyszłe loty. W trakcie oblotów samców, przygotowywanych do roli przyszłych wdowców, można ewentualnie samice wpuszczać na jakiś czas do gołębnika hodowlanego, żeby dokarmiły młódki. Możliwości jest wiele. Sama technika nie jest tak ważna. Najważniejsze jest to, żeby samiczki nie miały kontaktu ze swoimi partnerami, żeby się nie parzyły i drugi raz nie złożyły jaj, ponieważ to może przyspieszyć zrzucenie pierwszej lotki przez samce. Po tym pierwszym, zimowym lęgu, samce-wdowce zwykle pod koniec marca są ponownie parowane. Samice po raz drugi składają jajka. Po 10 dniach wysiadywania jaj zabiera się samice i jajka. W tym momencie samce stają się wdowcami. To ponowne parowanie gołębi nie jest regułą. W wielu gołębnikach samce-wdowce po pierwszym zimowym lęgu nie spotykają się już z partnerkami. Praktyka pokazuje, że tak traktowane samce nie spisują się gorzej w lotach.


Jeżeli wszystko przebiega normalnie, bez zakłóceń, to młódki mogą być zaobrączkowane w pierwszych dniach stycznia. W moim oddziale już w dniu 31. grudnia starego roku o godzinie 24. można odebrać obrączki rodowe na nowy rok. Bywało tak, że nieco wcześniej połączyłem gołębie i dlatego już 31 grudnia, w kilka minut po północy musiałem odbierać swoje obrączki rodowe. Nadal zdarza się tak, że gdy większość ludzi bawi się na balach sylwestrowych i wita Nowy Rok, to inni w tym czasie przy pomocy wazeliny obrączkują swoje nieco przerośnięte młódki.

Przygotowanie do lęgów zimowych

Gołębie w zasadzie nie wymagają szczególnego przygotowania do lęgów zimowych. Ale mimo to hodowca ma z tym trochę więcej pracy. Woda marznie, a w gołębniku jest zimno i nieprzyjemnie. Gołębiom to jednak nie przeszkadza. Najważniejszym i niezbędnym warunkiem przystąpienia do lęgów zimowych jest nienaganne, stuprocentowe, rdzenne zdrowie gołębi! Ważne jest również to, żeby przed połączeniem w pary co najmniej trzy miesiące gołębie były rozłączone. Gołębi, które do połowy października chowały młódki, z końcem listopada nie powinno się ponownie parować. Lęgi zimowe można wprawdzie prowadzić bez użycia sztucznych źródeł światła, ale doświetlając gołębnik – kilka godzin z rana – przyspieszymy zarówno łączenie gołębi w pary, jak i składanie jaj. Gołębiom rozpłodowym to nie szkodzi, ale hodując młódki z gołębi lotowych, powinniśmy możliwie jak najmniej doświetlać gołębnik. Wskutek doświetlania gołębie mogą zbyt wcześnie rozpocząć pierzenie. To samo dotyczy młódków uchowanych zimą. Gdy w pierwszych miesiącach życia będą miały zbyt dużo światła, zaczną wcześniej wyrzucać lotki. Dlatego lepiej im gołębnik zaciemniać. Na pogodę i temperaturę nie mamy wpływu, ale gdy tylko samiczki zniosą jajka, zmiany aury nie mają żadnego znaczenia. Może być zimno, nawet w czasie klucia się piskląt i karmienia młódków. To niczemu nie przeszkadza. Rodzice ogrzeją je wystarczająco. W stacji hodowlanej Natural lęgi zimowe prowadzi się w otwartych, osiatkowanych wolierach. Młódki rozwijają się doskonale nawet przy temperaturach rzędu –15 do –20oC; i to bez dogrzewania. Ważne jest jednak to, żeby było cieplej przy łączeniu gołębi w pary. Przede wszystkim wtedy nie powinno być wilgotno i mglisto, bo to nie sprzyja łączeniu gołębi w pary. Wtedy gołębie siedzą smutne z nastroszonymi, wilgotnymi piórami. Są bez życia, w gołębniku nic się nie dzieje. Jeśli przy parowaniu jest ładna i ciepła pogoda, lęgi zimowe zawsze się udają. Gdy gołębie się sparowały, to wtedy nic im już nie przeszkodzi. Może nadejść zima i mrozy, a one mimo to będą chować swoje potomstwo.

 

Piotr Patas

 

PS. Tekst jest fragmentem nowej książki pt.: "Andre Roodhooft  -  Król Unii Antwerpskiej".

 



[1] Frank belgijski – waluta używana w Belgii w latach 1832-2002. Frank belgijski został zastąpiony przez Euro. Kurs wymiany wynosił 1 Euro – 40,3399 franków. A zatem 500 000 Franków belgijskich stanowiło równowartość około 12 400 Euro, czyli około 50 000 PLN. 

 

http://www.piotrpatas.orangespace.pl/

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,328342057,trackback

komentarze (3) | dodaj komentarz

Weteranka z Nowego Sącza

piątek, 02 kwietnia 2010 12:06

Kiedyś w przyjacielskiej rozmowie Andrzej Kowalik, zmarły niedawno Przewodniczący Kolegium Sędziów PZHGP zachwalał mi walory pewnej samiczki, którą miał okazję oceniać na jednej z wystaw. Zachwycał się jej walorami standardu, zwłaszcza w zestawieniu z jej wybitnymi osiągami lotowymi. Wówczas - jak dobrze pamiętam - miała 5 lat, a na koncie już 57 konkursów. Interesują mnie takie „perełki", więc spytałem o jej właściciela. Jest nim Janusz Kurczaba z Nowego Sącza. Nawiązałem z nim kontakt, wybrałem się do niego, i w ten sposób dowiedziałem się więcej, nie tylko o tej samiczce, ale o całej jej rodzinie.

 

Najpierw słów kilka o jej opiekunie. Janusz Kurczaba jest członkiem oddziału Nowy Sącz II, który liczy obecnie koło 100 członków. To wieloletni, utytułowany hodowca. Lotuje ponad 30 lat. Nie sposób wymienić tu wszystkich zdobytych przez niego w tym czasie trofeów i tytułów. Ograniczę się do tych z ostatniego dziesięciolecia. Tylko w latach 2000-2009 zdobył ponad 20 tytułów mistrzowskich zarówno na szczeblu oddziału, jak i okręgu. Tytuły wicemistrzowskie i wyróżniane miejsca przodowników trudno wręcz zliczyć. Wygrywał w mistrzostwie tradycyjnym i w kategoriach. Wygrywał w lotach gołębi dorosłych i młodych. Tryumfował w GMP. Jego ptaki zyskiwały uznanie sędziów na wystawach. Przed laty jedna z jego samiczek została zakwalifikowana na Olimpiadę w Weronie. Niestety nie uczestniczyła w niej z powodu złamanej lotki w trakcie oceny. Na jej miejsce pojechała samica rezerwowa.

Janusz Kurczaba jest wybitnym hodowcą. Miał wiele udanych sezonów lotowych. Za najlepszy uważa sezon 2003. W oddziale zdobył prawie wszystko. Mistrzostwo w lotach gołębi dorosłych i młodych, mistrzostwo w kategoriach A, C i D, a także w GMP. W okręgu został wicemistrzem w kategorii C, 18. przodownikiem w kategorii B, 9. przodownikiem w kategorii D i 11. przodownikiem w GMP. W regionie był 45. przodownikiem w kategorii C, 35. przodownikiem w kategorii D i 168 przodownikiem w GMP. Niewiele gorsze były lata 2004, 2005, 2006 i 2008.

Fot. 1. Janusz Kurczaba trzyma w rękach samiczkę PL-0233-00-156

Jego najlepszy lot? Wiele było dobrych lotów, w których jego gołębie brylowały na liście oddziałowej. Najlepiej jednak zapamiętał lot z Legnicy w 2001 roku. Odległość około 375 km. Janusz koszował 54 gołębie, zdobył 23 konkursy. Ale jakie? Oto miejsca jego gołębi na liście konkursowej: 1-2-3-5-6-7-9-10-12-21-26-27-31-32-38-39-46-50-51-53-54-55-59.... Pierwsza dziesiątka jego gołębi została skonstatowana w niespełna 12 minut. Wyobrażam sobie emocje i radość, jakie wówczas przeżywał Janusz. Podobnych lotów było więcej.

 

Janusz Kurczaba ma hodowlę średniej wielkości. Stan gołębnika na zimę - około 90 sztuk, razem z wolierą, w której są gołębie rozpłodowe. Jak Janusz Kurczaba zbudował swoją hodowlę? Na jakie bazie założył swój gołębnik? W latach 80. sprowadził gołębie od Stanisława Kozery. Później za pośrednictwem księdza Józefa Słabego wszedł w posiadanie gołębi Stanisława Wójtowicza. W latach 90-tych nabył u księdza sześć dorosłych „Wójtowiczów". Ksiądz Józef Słaby miał swego czasu w gołębniku sporo oryginałów z tej hodowli. W ostatnich latach Janusz Kurczaba wprowadził do hodowli ptaki Swarta Wimma z Holandii. Wszedł w ich posiadanie dzięki Lechowi Stempniewiczowi z Białogardu. Krzyżówki z własnymi gołębiami są obiecujące. Janusz uważa, że gołębie Wimma pasują do jego gołębi. Jaki to typ gołębi? To gołębie o wszechstronnych predyspozycjach. Zdobywają konkursy na wszystkich dystansach, na krótkich, średnich i dalekich.

Największe piętno na obraz dzisiejszej hodowli Kurczaby wywarły jednak tylko dwa gołębie. Niebieski samczyk RP-25-93-14102 i ruda samiczka PL-43-96-36376. Potomstwo po nich w połączeniach z różnymi partnerami - ze względu na walory lotowe - zdominowało całą hodowlę. Większość ptaków w rodowodach ma tę wybitną parę. Nie ulega wątpliwości, że jest to najlepsza rodzina w jego hodowli.

 

Samiczka PL-43-96-36376 („Stara ruda")

Rzadko spotykana barwa. Nakrapiana ruda, tak chyba należałoby ją określić. To bardzo spokojny gołąb, śmiały, miły, sympatyczny. Woli obecność hodowcy niż swojego samczyka. Jej ojcem był stary ciemny PL-83-176489. Wybitny lotnik. Janusz do dziś przechowuje dyplomy przez niego zdobyte, m.in. z lotów: Gorzów Wlkp. (515,83 km), Nowa Sól (428,17 km), Zielona Góra (448,825 km), Świnoujście (651,47 km), Crivitz (765,77 km). „W roku 1989, jako sześciolatek był najlepszym lotnikiem Okręgu Nowy Sącz. Ciemny był wyjątkowo pięknym ptakiem. Zdobywał nagrody na wystawach; oddziałowych, okręgowych, a także na wystawie ogólnopolskiej. Jego ojcem był samczyk Tadka Marszałka. Matka była od Bogdana Górki. Matką „starej rudej" była czerwona DV-ka - samiczka z niemiecką obrączką rodową. Krwisto-czerwona; miała takie lotki, ogon i plecy. Przybłąkała się do mnie jako młódka z niemiecką kontrolką. Została. Latała u mnie 5 lat. Pewnej jesieni zamknąłem jej nieopatrznie celę gniazdową. Rankiem zniknęła. Odleciała. Pewnie obraziła się. Wróciła wiosną, znów z niemiecką kontrolką gumową. Ale już nie weszła do gołębnika. Odleciała na zawsze".

 

Niebieski samczyk RP-25-93-14102

„Spokojny ptak, ale zdecydowanie broni swojej celi. Nie daj Boże, żeby wpadła mu do celi mucha. Lotowałem nim. Był jednym z lepszych gołębi. Jego matką była samiczka z belgijską obrączką rodową ........ - oryginał z hodowli Stanisława Wójtowicza. Ojciec - płowy B-91-31085 - również od Wójtowicza. Obydwa gołębie były lotowane jako młódki, jeszcze w Belgii. Niebieski samczyk RP-25-93-14102 był łączony z różnymi samicami. „Stara ruda" też miała różnych partnerów, ale tylko w pierwszym, wiosennym  połączeniu. Jajka z tych połączeń odbierałem i podkładałem mamkom. Kolejne lęgi mieli już ze sobą. Tak było przez 13 lat. Najcenniejsze jest to, że z obojga tych gołębi w tych rożnych połączeniach rodziły się dobre gołębie. Ale z tej pary, w połączeniu z sobą, potomstwo było najładniejsze. Potomstwo z tej pary; „siwy" + „stara ruda" miało rozmaite upierzenie. Rodziły się gołębie krwisto-czerwone, płowe, szeki, rude, siwe z czerwonymi pasami, siwe, nakrapiane, nakrapiane z białymi lotkami, siwe z białymi lotkami, czerwone nakrapiane. Najpewniejsze w lotach były jednak siwe gołębie; te, które barwę dziedziczyły po ojcu. Z tej pary przez te lata uchowałem gdzieś około 90 sztuk. Potomstwo dziedziczy te cechy. Jest spokojne, uładzone, pozwala się łatwo łapać do ręki. Chodzą za mną, jak pieski. Gołębie z tej rodziny z lotu nie siadają na wylot, tylko lądują pod moje nogi na podwórko przy ławce, gdzie siedzę wraz z kibicami, którzy odwiedzają mnie na każdym locie. Żeby je skonstatować, muszę wziąć każdego do ręki przenieść do gołębnika i przyłożyć do anteny. To są twarde, uparte gołębie. Z tej rodziny rzadko coś ginie. Z katastrofalnego lotu potrafią wracać nawet po dwóch tygodniach."

 

Ile wśród tych 90-ciu było wybitnych gołębi?

„Trudno mi policzyć. Powiem tylko, że w pięćdziesiątce zgłoszonej do GMP w 2007 roku, 22 gołębie były z tej pary.

 

Czy próbował Pan łączyć gołębie w pokrewieństwie w obrębie tej rodziny?

„Łączę je na dwa sposoby. Po części w pokrewieństwie, po części krzyżuję z gołębiami Schwarza Wimma. Są dobre efekty. Często łączę nawet ojca z córką, albo matkę z synem. Potomstwo z tych kojarzeń nadaje się do rozpłodu i do lotów."

 

Córka PL-0233-00-156 („ruda weteranka")

W trakcie 10 sezonów lotowania zdobyła 84 konkursy. Janusz twierdzi, że nie wdała się ani w ojca, ani w matkę. Broni celi, jak ojciec, ale w gołębniku jest łagodna. Jest dobrze ułożona, prawidłowo spięta, ale przód kości piersiowej ma nieco zbyt głęboki. Jedni twierdzą, że to dobrze, inni uważają to za wadę. Na wystawach jest wysoko oceniana. Uczestniczyła w pięciu; czterokrotnie na okręgowych i raz na ogólnopolskiej. A oto noty, jakie uzyskiwała u sędziów: 91,25...91,25...91,75...91,75... 91,75... 92,50. Najniższa 91,25 i najwyższa 92,50. Już jako młódka zapowiadała się dobrze. W roku urodzenia zdobyła 4 konkursy, a z ostatniego lotu z Opola (około 230 km) była pierwsza w oddziale. To był dobry znak. Jako roczna zdobyła 6 konkursów. Jako dwulatka 12 konkursów. W wieku 3 lat - 10, w wieku 4 lat - 12, w wieku pięciu lat 13. Jako sześciolatka 10, a w wieku ośmiu lat - jeszcze 9! Jej najlepsze to lata 2002-2006.

 

 

 

Czy była szybka? Z zestawienia widać, że potrafiła wracać w czołówce oddziału. Siedmiokrotnie była konstatowana na pierwszej pozycji w oddziale; w tym trzy pierwsze lokaty zdobyła jako roczna. Wracała jako pierwsza w oddziale zarówno z odległości około 350 km (Rawicz, Gostyń), jak i z ponad 600 km (Police, Międzyzdroje). Większość konkursów, bo aż 53 zdobyła na bazie 1:10.

 

Czy to gołąb wszechstronny, allround? Bez wątpienia. Leciała cały program oddziału. Zdobywała konkursy z każdej odległości od 150 do ponad 1000 km. Ma w swym dorobku 25 konkursów z lotów z odległości ponad 500 km. Jako pięcioletnia pokonała w konkursie odległość około1100 km z Arnhem w Holandii, a jako ośmioletnia zaliczyła jeszcze Hamburg (860 km).

 

Najlepszy jej rok? 2005 - jako pięciolatka zdobyła 13 konkursów na trasach o łącznej długości 6387,810 km.

 

Jaką metodą była lotowana „ruda", że zdobywała w sezonie po kilkanaście konkursów; wszak samiczki w sezonie znoszą jajka i „z jakiem" nie mogą być koszowane? 

 

„Cały czas była lotowana „z gniazda"; albo od jajek albo od młódków. Żeby koszowanie nie wypadło, gdy była „z jajkiem", trzeba było manipulować jajkami lub pisklętami lub na kilka dni odbierać partnera. Czasem jednak trzeba było zostawić ją w domu, bo była „z jajkiem". Kiedyś tuż przed koszowaniem zniosła jedno jajko, a ja chciałem konieczne wysłać ją na lot. Drugie jajko miała znieść w dniu koszowania. Niestety do godziny 15 nie zniosła. Udałem się więc bez niej na koszowanie. Wszystko trwało na tyle długo, że zdołałem wrócić do gołębnika. Samiczka zniosła drugie jajko, i ja w tym stanie zabrałem ją na lot. Koledzy twierdzili, że wysłanie samiczki na lot bezpośrednio po zniesieniu jajka jest ryzykowne. Może się zgubić, a już na pewno nie zdobędzie konkursu. Zaryzykowałem. Samiczka wróciła jako pierwsza spośród wszystkich gołębi oddziału. Odtąd uważam, że jest to dla samiczki najlepsza pozycja."

 

 Być może dla niej, ale nie dla każdej samicy. Są bowiem takie, które po zniesieniu jajka na krótki czas tracą sprawność lotu. Doznają jakby paraliżu skrzydeł. Te z pewnością do takich wyczynów nie byłyby zdolne. To są zwykle duże gołębice.

„Ruda weteranka" niejedno przeżyła. Dwukrotnie została zaatakowana przez jastrzębia. Raz w roku 2007, drugi raz w roku 2009, latem w trakcie oblotów w pobliżu gołębnika. Dlatego musiała przerywać loty. Każdorazowo mu się wymknęła. Uciekła. Jednym razem przypuszczałem, że już padła jego łupem. We wtorek nie było jej na noc. Wróciła dopiero w czwartek; już z zaschniętą raną na plecach. Dziwne, za każdym razem miała ranę na plecach; mimo iż jastrząb zwykle łapie gołębia szponami od dołu. „Ruda 156" raz tylko w swej karierze nie wróciła w dniu startu. Był to ów pamiętny lot z Arnhem (około 1100 km), gdy gołębie wystartowały dopiero w południe. Ona zameldowała się nazajutrz."


 

„Ruda weteranka" Janusza Kurczaby PL-0233-00-156 to bez wątpienia ptak wyjątkowy, wybitny, ptak o żelaznym zdrowiu i niespożytej energii. Nie była może tak błyskotliwa, jak płowy samczyk Karola Paszka z Ustronia, który prawie zawsze wraca w ścisłej czołówce, ale ona lotowana była inaczej. Karol Paszek oszczędza „Płowego", nie wysyła go na wszystkie loty. „Płowy" jest koszowany zazwyczaj co dwa tygodnie, ale po takim odpoczynku dokonuje cudów. „Płowy" nastawiony jest na pierwsze konkursy, natomiast samiczka Janusza Kurczaby w całej karierze walczyła o ilość konkursów i długość tras lotowych. „Płowy" Paszka uczestniczył dotąd tylko w lotach jednodniowych do odległości nieco ponad 500 km; i tu wykazał się nadzwyczajną szybkością. Samiczka Kurczaby być może nie była tak szybka, ale za to zdobywała konkursy na trasach od 100 do ponad 1000 km. Jej dorobek życiowy jest imponujący - w trakcie 10-letniej kariery zdobyła 84 konkursy na trasach o łącznej długości ponad 31 tys. km. Ruda weterana Kurczaby w tym roku skończy 10 lat. Nie będzie więcej lotować. Zasłużyła sobie na spokojną emeryturę.

 

Który ptak jest lepszy; płowy samczyk Karola Paszka, czy ruda weteranka Janusza Kurczaby? Nie sposób powiedzieć. Obydwa ptaki są nadzwyczajne. Inaczej są prowadzone przez swych opiekunów i pewnie mają też inne predyspozycje. Jeden może nieco oszczędzany, ale za to błyskotliwy, szybki. Drugi, może mniej oszczędzany, nieco wolniejszy, ale za to wytrzymały - zdobywca licznych konkursów i pożeracz kilometrów.

Fot. 2. Najbardziej zasłużeni członkowie tej wybitnej rodziny

 

Nakrapiana siostra PL-0233-03-719

W czasie 7 sezonów lotowania zdobyła 63 konkursy.

 

Którą Pan wyżej ceni? „W rękach lepsza jest nakrapiana. Ma też lepsze upierzenie. Daje ładniejsze potomstwo. Jest wyżej oceniana w klasie standardu. Była dwukrotnie na wystawie ogólnopolskiej, plasując się każdorazowo na 13 pozycji. Natomiast do lotów lepsza jest „ruda".

 

Kolejną nakrapianą siostrę z rocznika 2007 sprzedałem do Holandii. W roku 2009, jako dwuletnia, po raz pierwszy lotowana zdobyła 6 konkursów.

 

Dwaj bracia barwy nakrapianej

 

Jeden o numerze rodowym PL-0233-03-742 ma na swym koncie 53 konkursy. Drugi o numerze rodowym PL-0233-03-764 zdobył 48 konkursów. To ładne ptaki. Nie były nadmiernie eksploatowane w lotach. Janusz chował po nich potomstwo.

 

To tylko najstarsi członkowie tej rodziny. Janusz Kurczaba ma w gołębniku jeszcze wiele innych potomków tej pary, a także wiele młodszych członków tej rodziny z nieco mniejszym dorobkiem lotowym. Nie ulega wątpliwości, że to wyjątkowa rodzina,  rodzina o nadzwyczajnych walorach lotowych i rozpłodowych.

 

Skąd biorą się takie gołębie? To bynajmniej nie przypadek, ponieważ wszyscy przodkowie tej rodziny od pokoleń wywodzą się z wybitnych gołębi. Jedyną niewiadomą była czerwona Niemka, choć widać, że i ona nie była tuzinkowym gołębiem. U Janusza Kurczaby zaczęło się od jednej pary. Obaj partnerzy wydawali ponadprzeciętne potomstwo; i to w połączeniu z różnymi partnerami. To perełki hodowlane. Cała rodzina dobra.

Co będzie dalej? „Ruda weteranka" PL-0233-00-156 skończyła karierę lotową, ale nadal może płodzić potomstwo. Płodni o dziwo są również jej rodzice. W gołębniku są jeszcze inne córki i synowie. Są wnuki. Można nadal rozwijać drzewo genealogiczne tej rodziny. Jesienią roku 2009 Janusz Kurczaba „rudą weterankę" i jej nakrapianą siostrę połączył z czerwonym Olimpijczykiem z Porto'2005 od Ladislava Wojteska z Czech. Uchował przepiękne młódki. Zobaczymy czego dokonają w lotach. A może uda się połączyć „Płowego" od Paszka z „Rudą weteranką" Kurczaby? To dopiero byłoby zestawienie. Dwa niezwyczajne asy lotowe.

Piotr Patas

 

 

 http://www.piotrpatas.orangespace.pl/

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,5710988,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 18 maja 2012

Licznik odwiedzin:  257 879 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Publikacje o gołębiach pocztowych Piotra Patasa. Artykuły, książki, zdjęcia sylwetek i oczu gołębi pocztowych

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 16.02.2012 18:14:33
  • autor: Ela
  • treść: Czy mó¿...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 29.04.2012 7:29:29
  • autor: xarjycbpnk
  • punkty: 99
  • treść: fadgxqjpusqbubt, <...

Lubię to